Bogaty po polsku

Kto to jest zamożny Polak? Według badań socjologicznych i statystycznych osób o majątku przekraczającym jeden milion dolarów, na który składają się nieruchomości, akcje, papiery skarbowe, oszczędności jest w Polsce około 50 tysięcy. Zaś Polaków o majątku przekraczającym 5 milionów dolarów – około 4 tysiące. Według danych urzędów skarbowych ponad 20 tysięcy złotych miesięcznie zarabiają 2-3 promile pracujących Polaków, a zatem około 30 tysięcy osób.

Jak dochodzili w Polsce najzamożniejsi do majątku? Część skorzystała na procederze nazwanym „uwłaszczeniem nomenklatury” czyli przejęciu przez partyjnych funkcjonariuszy przedsiębiorstw, nieruchomości, pieniędzy w latach 1984-1990. Inni, również ci o solidarnościowym rodowodzie, często podając dłoń swym dawnym komunistycznym prześladowcom wykorzystali okazję jaką była rabunkowa prywatyzacja w latach 90-tych. Jeśli przejętego majątku nie przetracili, a potrafili pomnożyć, mądrze zainwestować to dziś są bogaci.

Grupą przed którą wypada pochylić czoła, nazwijmy ich grupą bogatych dorobkiewiczów są ci, którzy zaczynając bez mała od zera, dzięki własnej wiedzy, pomysłom, pracowitości, szczęściu potrafili dojść do fortuny. Możemy i powinniśmy sobie życzyć, by grono takich Polaków rosło szybko i coraz wyraźniej odciskało swe piętno na naszym życiu publicznym.

Co sądzić o tych danych, jak je interpretować?

Po pierwsze – uderza niski poziom od którego w Polsce uznaje się osobę za zamożną. Największy polski bank tak definiuje kogoś, kto miesięcznie otrzymuje na konto ponad 7.500 złotych. Przydaje wtedy tytuł VIP – Very Important Person. Ten sam tytuł otrzymuje osoba mająca na koncie ponad 50 tysięcy złotych, a takich klientów bank ma około 500 tysięcy. Moim zdaniem tak niski pułap zamożności, który uznaje się za przepustkę do bogactwa oznacza, że ciągle w naszej świadomości, świadomości społecznej dominuje postawa czyniąca z biedy cnotę, zgodnie z która nawet niewielkie wybicie się ponad biedę to już przejaw bogactwa. Idzie za tym pogląd ubogiej większości, że „ci bogatsi są obcy”, podejrzani a nawet źli. Zaś ze strony zamożnych pojawia się odruch obawy, izolowania się, ukrywania stanu posiadania i niestety czasami poszukiwania partnerów i sojuszników za granicą bądź wśród snobujących się na zagranicę rodzimych, pożal się Boże, celebrytów.

Drugim wnioskiem, który wyprowadzić należy z danych statystycznych przytoczonych powyżej jest ten który mówi, że 50 tysięcy zamożnych Polaków to raptem jedna tysięczna procent całej ludności. Nawet w odniesieniu do 2 milionów polskich przedsiębiorców owa liczba bogatych to margines. Dla porównania we Francji, gdzie żyje o połowę więcej ludzi niż w Polsce milionerów jest ponad dwa miliony. Zgoda, że Francja nie została tak doświadczona wojnami jak Polska, ani nie przeszła gehenny epoki komunizmu, ale skala różnicy zamożności jest zbyt rażąca.

     Moim zdaniem tak znikomy udział zamożnych Polaków w całym społeczeństwie to prawdziwy akt oskarżenia przeciw rządom i politykom, którzy sprawowali władzę przez ostatnie 27 lat.

Mam nadzieję, że pokaźna szara strefa istniejąca w polskiej gospodarce znacznie poprawia kiepskie dane o zamożności Polaków, a to jest kolejny akt oskarżenia wobec odpowiedzialnych za makroekonomiczne decyzje w Polsce.

Ostatnim wnioskiem, który uważam, że trzeba postawić jest ten mówiący, że im więcej Polaków dorobi się w Polsce, tym większe będzie zbiorowe poczucie szacunku i obowiązku w myśl zasady – skoro coś mam, to o to dbam. A jeśli dbam to chcę, by państwo, jego instytucje i służby działały sprawnie i praworządnie. Można zaryzykować twierdzenie, że także ci, którzy dorobili się  na wpół legalnie, od teraz zechcą zarabiać uczciwie, by również ich dzieci bogaciły się nie żyjąc w strachu. Wraz ze wzrostem bogactwa powinien rosnąć obowiązek i poczucie odpowiedzialności za dobro wspólne i za państwo. Uważam, że dwie grupy społeczne mają szczególny obowiązek i powiem górnolotnie – misję do wykonania. To inteligencja i przedsiębiorcy. Byłoby dobrze, gdyby fakt ten uznali.

Na koniec wniosek i postulat pod adresem rządu. Można i trzeba docenić troskę i starania o poprawienie doli najuboższych Polaków, ale już najwyższy czas, by podobną troskę, a przede wszystkim determinację w działaniu okazał rząd względem polskich przedsiębiorców oraz wszystkich tych, którzy swoje pomysły i energię chcą przekuć na uczciwie zarobione, duże pieniądze. To oni są naszym największym potencjałem.

Deflacja – cieszyć się, czy bać?

Deflacja – nowy termin, nowe słowo odmieniane w mediach, zapoznajemy się z nim od kilkunastu miesięcy. Deflacja to w ekonomii zjawisko spadku cen nominalnych towarów i usług, a przede wszystkim indeksów statystycznych, które syntetycznie odwzorowują poziom i zmiany cen.

Konsument mający do czynienia z deflacją – powie: jest dobrze, kupię taniej, mogę kupić więcej, albo zaoszczędzić.

Producent, wytwórca taniejącego dobra – powie: jest niedobrze, zarobię mniej, mniej zaoszczędzę, mniej zainwestuję.

Producent, nabywający tańszy surowiec bądź półprodukt – powie: jest świetnie, zarabiam więcej, mogę więcej skonsumować, zaoszczędzić, zainwestować.

Ci spośród konsumentów, którzy mają stałe dochody – płace, renty, dodatki, np. 500 złotych na dziecko zdecydowanie uznają deflację za zjawisko korzystne. Z kolei ci, których dochody są zmienne i z reguły podążają za ruchem cen będą odmiennego zdania.

A co o deflacji sądzą pożyczkobiorcy, zadłużeni w bankach bądź instytucjach kredytowych? Oni z reguły z niepokojem obserwować będą rozwój wypadków, gdyż ewentualny spadek ich dochodów utrudni, a być może nawet uniemożliwi spłatę niezmiennych przecież rat kapitałowych.

Skoro tak różne są reakcje na deflację spróbujmy odpowiedzieć na pytanie dla ekonomisty podstawowe – jakie są przyczyny tego zjawiska? Zacznijmy od najważniejszych, najstarszych i ogólnoświatowych.

Deflacja to zjawisko nie nowe. Wiek XIX w gospodarce europejskiej, w okresie tzw. rewolucji przemysłowej charakteryzował spadek cen czyli deflacja. Jej główną przyczyną, która ze wzmożoną mocą dała o sobie znać na przełomie XX i XXI wieku jest bardzo szybki wzrost wydajności pracy wynikający z postępu technicznego: automatyzacji, komputeryzacji, nowoczesnych systemów informatycznych i komunikowania się. Wzrost wydajności pracy skutkuje spadkiem kosztów produkcji oraz zwielokrotnieniem jej skali, co prowadzi właśnie do spadku cen.

Drugą przyczyną deflacji, nazwijmy ją od kraju pochodzenia „na wzór japoński” jest dyscyplina społeczna, model kulturowy polegający na bardzo silnej tendencji do oszczędzania i nie wydawania znacznej części dochodów z pracy. Ta postawa większości społeczeństwa japońskiego na długie lata zahamowała dynamikę gospodarczą.

Kolejnym przykładem przyczyny deflacji jest zjawisko ekspansji kredytowej, która miała miejsce w Stanach Zjednoczonych pod rządami Billa Clintona, gdy bez trudu uzyskiwano w bankach środki na zakup domów i nieruchomości, których ceny w związku z tym rosły w przyspieszonym tempie, by po osiągnięciu apogeum, czyli wypłacalności klientów skutkować gwałtownym załamaniem cen i obrotu właśnie domami i nieruchomościami.

Przykład Stanów Zjednoczonych ukazał jednocześnie, że deflacja może być efektem nowego ukształtowania się relacji między realną, towarowo-pieniężną sferą gospodarki a uniezależniającą się od niej sferą finansowo-spekulacyjną. Obserwujemy ogromny, sztucznie wykreowany kapitał finansowy, który krąży, możemy powiedzieć „w obiegu zamkniętym”, nie obsługując sfery wymiany towarowej, który jednocześnie przyciąga pieniądz funkcjonujący na realnym rynku czym przyczynia się do niedoboru tego pieniądza i spadku cen.

Kiedyś inflacja, a dziś deflacja zaczyna pełnić także rolę mechanizmu podziału, alokacji i realokacji wytworzonej nadwyżki między grupami społecznymi, narodami i państwami. To zjawisko nowe i mające często podteksty polityczne, czego przykładem jest obserwowany obecnie spadek cen surowców na świecie.

Jakie są przyczyny deflacji w Polsce i które z nich uznamy za korzystne, a które przeciwnie?

Z pewnością spadek cen importowanych przez nas surowców energetycznych to zjawisko pozytywne, ale już spadek cen żywności wywołany embargiem rosyjskim i ukraińskim, choć cieszy konsumentów, to mocno niepokoi rolników i przemysł rolno-spożywczy.

Są także przyczyny deflacji w Polsce, które należy, jeśli nie zlikwidować, to radykalnie ograniczyć.

Za pierwszą i najważniejszą uznaję legalny i nielegalny wywóz kapitału z Polski, głównie przez firmy i banki zagraniczne, którego to rozmiary szacuje się na 80-100 miliardów złotych rocznie. To są realnie wywiezione z Polski pieniądze, które powinny być tu inwestowane, bądź oszczędzane służąc jako kredyt, trafiając na rynek.

Drugim zjawiskiem, które sprzyja deflacji jest szybki rozrost szarej i czarnej strefy, która posługując się i obracając legalnym pieniądzem, sama będąc nielegalna, wywołuje efekt „wypłukiwania” pieniędzy z rynku.

Trzecim czynnikiem sprzyjającym deflacji jest wywóz dewiz przez liczoną już w setkach tysięcy populację Ukraińców, którzy przyjechali do Polski „za chlebem”. Dochody z pracy w złotówkach starają się oni nie wydać na rynku, a maksymalnie zaoszczędzić, zamienić w kantorach na dolary i wywieźć. To jest właśnie zjawisko „odsysania” pieniądza z klasycznej cyrkulacji: pieniądz – towar – pieniądz, co skutkuje odkładaniem się wytworzonych produktów w magazynach i wymusza spadek cen.

Wymienione powyżej zjawiska powinny być wnikliwie analizowane przez rząd i Narodowy Bank Polski i należy im z całą stanowczością przeciwdziałać. Tak niestety się nie dzieje, co dowodzi, że ani rząd, ani tym bardzie Narodowy Bank Polski nie działają w imię naszych podstawowych interesów. Co gorsza, Narodowy Bank Polski swą polityką emisji pieniądza, a mówiąc dokładniej polityką ograniczającą emisję pieniądza wyłącznie do wymiany dewiz na złotówki powoduje rosnący niedobór gotówki i kredytu, a w efekcie deflację i nadmierne bogacenie nielicznych, ubożenie wielu.

Sumując: powinniśmy przestrzec polskich przedsiębiorców, że o ile nie zmieni się i to radykalnie polityka Narodowego Banku Polskiego i rządu, zjawisko deflacji może okazać się trwałe. A wtedy skorzystają na nim tylko ci przedsiębiorcy, którzy przetrwają i znajdą w sobie pomysł na obniżenie kosztów i inwestycje. W myśl zasady – „co cię nie zniszczy, to cię wzmocni”.

Dla budżetu państwa jednakże długookresowa deflacja to ogromne zagrożenie nie wykonania dochodów budżetu, ze wszystkimi stąd wynikającymi konsekwencjami. A przypomnę, że w projekcie budżetu na ten rok rząd zakłada poziom inflacji 1,7%. Spadek cen towarów i usług oznacza spadek dochodów podatkowych zarówno z podatków bezpośrednich, jak i pośrednich, gdy jednocześnie przedstawiony został program ogromnego wzrostu wydatków socjalnych.

Sądzę, że już pora odpowiedzialnie i z całą powagą przemyśleć jak rozwiązać problem deflacji w Polsce.

Kwota wolna od podatku

Dyskusję o podatkach najczęściej zaczynamy z niewłaściwego punktu, a mianowicie od stawek, zwolnień, ulg itp. Wybaczcie moją mentorską uwagę, ale dyskusję o podatkach w czasie pokoju trzeba, należy zacząć od wymiany poglądów o dochodach. Jeśli przyjmiemy, że możliwe są dochody z pracy, bądź emerytury, z własności kapitału i z talentów, bądź pomysłów to w naszej, polskiej sytuacji problem sprowadza się do analizy dochodów z pracy.
Fakty są następujące: ponad 8 milionów pracujących zarabia mniej niż 2300 złotych miesięcznie, czyli mniej niż 28 000 rocznie. Dochody poniżej minimum socjalnego, tj. kwoty 13 tysięcy złotych rocznie uzyskuje ponad 5 milionów Polaków. Tylko 2% naszych rodaków ma dochody powyżej 7 tysięcy złotych miesięcznie. Wniosek nasuwa się jeden i prosty. Nasze oficjalne, deklarowane, podlegające opodatkowaniu dochody są skrajnie niskie.
Czy to znaczy, że pracujemy źle? Odpowiedź brzmi zdecydowanie – „nie”. Większość z nas pracuje ciężko, często wiele godzin ponad ustawowe 8 w ciągu dnia. Czemu zatem zarabiamy tak mało? Wybaczcie, ale odpowiedź na to pytanie to temat na osobną rozmowę – długą i pryncypialną.
Wróćmy zatem do pytania – co oznacza opodatkowanie ludzi o niskich dochodach? To przede wszystkim wpychanie ich w nędzę, czyli tzw. „wykluczenie społeczne”. Z ich strony skutkuje to pogardą dla państwa, poczuciem wyobcowania, często apatią, brakiem inicjatywy, bądź przeciwnie – agresją i podatnością na łamanie prawa. W skali społecznej wpędzanie w nędzę, bądź utrzymywanie bez nadziei poprawy własnej sytuacji rozsadza więzi międzyludzkie, prowadzi do konfliktów.
W wymiarze ekonomicznym skutkuje rosnącym udziałem szarej i czarnej strefy w działalności gospodarczej, a to z kolei po stronie władzy prowadzi do reakcji polegającej na wzroście wydatków na bezpieczeństwo wewnętrzne, służby skarbowe, ograniczenie swobód obywatelskich.
Należy dodać, że w Polsce łączne opodatkowanie dochodów i wydatków ludzi o najniższych dochodach jest znacznie wyższe niż innych grup społecznych. Wynosi ono ponad 33%, gdyż najubożsi wydają wszystkie swoje dochody, nie oszczędzają, często zadłużają się, zaś w konsumpcji nabywają dobra podstawowe obłożone wysoką stawką podatku VAT bądź akcyzą.
Dlatego dyskusję o naprawie systemu podatkowego należy zacząć od porządkowania sfery dochodów, a ponieważ u nas dochody z kapitału stanowią margines, to należy skoncentrować się na kwestii najważniejszej – dochodach z pracy, co wiąże się z kreowaniem zatrudnienia.
Realny koszt utrzymania rodziny to podstawowy wskaźnik społeczny, a realny poziom dochodów robotnika to podstawowy parametr polityki ekonomicznej i społecznej. Jeśli chcemy porządku społecznego i zdrowej rodziny to dochód z pracy – podkreślam – dochód z pracy rodziców – musi zabezpieczać wypełnienie funkcji społecznych i ekonomicznych.
A teraz postawmy pytanie. Która droga podniesienia poziomu dochodów pracowniczych jest lepsza? Czy pierwsza polegająca na zadekretowanym administracyjnie podniesieniu płacy minimalnej, podniesieniu stawki godzinowej do 12 złotych za godzinę, wypłacie dodatków w postaci 500 złotych na dziecko, czy też droga druga, zdejmująca z najuboższych ciężar podatkowy, przykładowo poprzez podniesienie kwoty wolnej od podatku.
Zwróćmy uwagę, że rozwiązanie pierwsze podnosi koszty produkcji, pogarsza konkurencyjność przedsiębiorstwa, popycha pracodawcę i pracownika w stronę szarej strefy, a w konsekwencji obniża dochody budżetu państwa.
Jednocześnie zauważmy, że rozwiązanie drugie podniesienie kwoty wolnej od podatku nie skutkuje wzrostem kosztów produkcji. Skutkuje natomiast wzrostem dochodów pracownika, co przekłada się na dodatkowy popyt i dochody producentów i handlowców, a w konsekwencji budżetu państwa.
Zadajmy sobie pytanie, co dobrego może wyniknąć z podniesienia kwoty wolnej od podatku.
Po pierwsze: porządkuje relacje pracownik – pracodawca. Pracownik jest zainteresowany ujawnieniem dochodu, bo nikt nie zakwestionuje źródła jego wydatków. Pracodawca także jest zainteresowany, bo ma urealnione koszty, mniejszy dochód, zapłaci niższy podatek dochodowy.
Po drugie: u pracowników wraca szacunek dla państwa, gdyż nie są przez nie łupieni, ograniczany jest rozmiar biedy. Jednocześnie poprawia się dyscyplina i szacunek dla pracy, bo praca staje się jedynym źródłem dochodów i utrzymania. Żyje się z pracy, a nie z „socjalu”, który „się należy”.
Po trzecie: radykalnie maleją koszty opieki społecznej, biur pośrednictwa pracy, służb skarbowych, a to są dla budżetu państwa oszczędności ogromne. Oszczędności te należy powiększyć o zmniejszenie wydatków na zdrowie, edukację, walkę z przestępczością wśród ubogich i ich dzieci.
Kwota wolna od podatku wynosi dziś w Polsce 3091 złotych i nie była zmieniana od wielu lat. Stanowi to dwukrotność płacy minimalnej. Mój komentarz do tej kwoty jest krótki i jednoznaczny – tych, którzy ją ustanowili i utrzymywali przez lata należy skazać na przeżycie bez mała roku za tak śmieszne pieniądze. Dla przykładu podam, że kwota wolna od opodatkowania na Słowacji, gdzie poziom życia jest zbliżony do Polski jest pięć razy wyższa, w Niemczech – 12 razy, a w Wielkiej Brytanii – 20 razy wyższa.
Wypada zapytać, jak to możliwe, że tak „odstajemy” od Europy. Odpowiedź jest prosta. Politycy, urzędnicy pod hasłem rozbudowy opieki socjalnej, pomocy upośledzonym wykreowali liczne grupy społeczne skazane na korzystanie z zasiłków czyniąc z postawy roszczeniowej sposób na życie. Z drugiej strony uprzywilejowana biurokracja przebrała się w szaty filantropów rozdając między sobą posady i stanowiska, dzieląc fundusze na szkolenia.
Jak ja widzę strategię dochodzenia do kwoty wolnej od podatku? Jaki powinien być poziom tej kwoty?
Powiecie, że marzę i żądam zbyt wiele, ale będę się upierał, że cel, który wskażę jest realny, a dla przyszłości społecznej i ekonomicznej Polaków i Polski – konieczny do zrealizowania. Uważam, że docelowo, w ciągu kilku lat kwota wolna od podatku powinna być podniesiona do poziomu dwunastokrotności minimum socjalnego, a w perspektywie do dwunastokrotności płacy minimalnej. To jest poziom po osiągnięciu którego możemy mówić, że pracujący o najniższych dochodach nie są wpychani do grona wykluczonych. A jednocześnie możemy od nich wymagać odpowiedzialności za siebie i rodzinę. O jakich pieniądzach mówimy? Minimum socjalne to dziś około 1100 złotych miesięcznie. Rocznie oznacza to około 13 tysięcy złotych. Płaca minimalna dziś to około 1500 złotych miesięcznie netto, co stanowi rocznie 18 tysięcy złotych. W tych widełkach powinna być wyznaczona kwota wolna od opodatkowania.
Krytycy mojego stanowiska mogą podnieść kwestię spadku dochodów budżetu państwa z tytułu wpłat podatku PIT oraz spadku wpływów podatkowych w samorządach. Odpowiadam – nawet jeśli nastąpi spadek wpływów z podatku dochodowego, to można go ograniczyć radykalnie redukując wydatki na tzw. opiekę społeczną. Z drugiej strony uważam, że ograniczenie szarej strefy znacznie złagodzi problem, zaś do ostatecznego celu należy dochodzić etapami rozkładając działania na kilka lat.
Jeśli chodzi o samorządy uważam, że system ich finansowania wymaga radykalnej zmiany. Podniesiony musi być udział we wpływach z podatku CIT i innych – to jednak temat na osobną dyskusję.
Co jednak może skomplikować, a kto wie czy nie uniemożliwić reformy kwoty wolnej od podatku to decyzja o dopłacie 500 złotych na dziecko. Rozszerza ona obowiązki socjalne państwa podczas gdy, moim zdaniem, należy dążyć do ograniczenia wypłat socjalnych i zwiększenia zakresu wolności gospodarczej najuboższych uzyskujących dochody z pracy. Moim zdaniem należało zacząć od radykalnego podniesienia kwoty wolnej od podatku, gdyż to przywraca podmiotowość obywatelom, poczucie godności, nadzieję na poprawę bytu w efekcie własnej pracy. Kwota 500 złotych na dziecko i obciążenia budżetu państwa z tym związane nie uruchamiając żadnego silnego mechanizmu wzrostu dochodów może uniemożliwić przebudowę systemu i wysokości podatku dochodowego.
Należy już teraz zastanowić się, jak rozwiązać ten dylemat.

Bitwa o handel

Jesteśmy świadkami, ale też uczestnikami – z czego mało kto zdaje sobie sprawę – trzeciej w naszej historii bitwy o handel.

Pierwsza bitwa miała miejsce w latach 30-tych ubiegłego wieku. Z jednej strony pod hasłem „Kupuj u Polaka” stanęli spadkobiercy Wokulskiego, początkujący polscy kapitaliści handlowcy wspierani przez patriotyczne warstwy społeczeństwa mając przeciw sobie dominujący wtedy w handlu kapitał żydowski i niemiecki. Powstawały spółdzielnie handlowe, powstało „Społem”, polski żywioł gospodarczy chwytał wiatr w żagle. Wojna zniszczyła wszystko.

Druga bitwa o handel to lata 1947-1949. To wtedy Hilary Minc – rasowy komunista podatkami, domiarami, wyrokami stronniczych sądów, decyzjami administracyjnymi praktycznie zlikwidował odradzający się po wojnie polski handel prywatny. A w rok później dobił gospodarkę rynkową nieekwiwalentną wymianą pieniędzy.

Trzecia bitwa o handel trwa. Jej dwie rundy przegraliśmy z kretesem. Pierwszą była zadekretowana przez Leszka Balcerowicza runda handlu „łóżkowego” i bazarowego, która z bezrobotnych miała zrobić kapitalistów. A jednocześnie likwidowano pozostałości handlu spółdzielczego. Druga runda, także przegrana, to oddanie w ręce kapitału zagranicznego praktycznie całego handlu wielkopowierzchniowego. Rundę trzecią zapowiedział rząd chcący podatkami ograniczyć uprzywilejowanie zagranicznych sieci handlowych.

Powiedzmy kilka słów – czym jest handel dla gospodarki kraju, takiego jak Polska.

Handel w gospodarce kapitalistycznej to sprawa poważna. Zajmują się nim najtęższe głowy. Dlaczego? Bo fundamentalnym problemem gospodarki kapitalistycznej, co podkreślają ekonomiści, jest problem realizacji – czyli zamiany towaru w pieniądz. Uznaje się, że kupno czyli zamiana pieniądza w towar jest prostsza, nie wymagająca znacznych kosztów, podczas gdy zamiana towaru w pieniądz sprawia problemy i wymaga nakładów. Dlatego powstały i rozwinęły się takie dziedziny jak reklama, marketing, których wpływ na decyzje Polaków jest przeogromny.

Ale jest też cecha handlu szczególnie widoczna a w Polsce o ogromnej wadze. Wielkie zagraniczne sieci handlowe dzięki swej sile kapitałowej, dominacji na rynku stopniowo przejmują władzę nad sferą wytwórczą z jednej strony a zachowaniami konsumentów z drugiej. Chcący sprzedać swoje wyroby muszą pogodzić się z dyktatem cenowym sklepów wielkopowierzchniowych czyli oddawać swoje wyroby po kosztach bądź z symboliczną marżą zysku, akceptować kilkumiesięczne terminy płatności oraz szereg dodatkowych warunków przerzucających koszty na producentów. Jednocześnie wielkie sieci wykorzystując swą oligopolistyczną pozycję potrafią narzucić klientom zawyżone ceny przy zaniżonej jakości produktów posługując się „trikami handlowymi”. W efekcie klienci płacą więcej za gorszy produkt. I trzecia składowa tej układanki to przysłowiowy już wyzysk pracowników zatrudnionych w wielkich sieciach. Ciężka praca jest wynagradzana skrajnie nisko, a o godnym traktowaniu ludzi trudno marzyć.

Sumując: sieci wielkopowierzchniowe dzięki swej sile i przewadze kapitałowej przechwytują część nadwyżki wytworzonej w sferze produkcji, przechwytują część dochodów konsumentów, by na koniec wykorzystywać własnych pracowników. W ostatecznym rozrachunku, o dziwo, wielkie sieci handlowe wykazują stratę bądź niewielki zysk bilansowy i nie płacą podatków. Należy dodać, że ukryte „w księgowych piruetach” kolosalne zyski są transferowane za granicę. Ten scenariusz realizowany jest od lat. To jest scenariusz eksploatacji Polski

Dlatego nie dziwi, że takie sieci jak Lidl, Kaufland otrzymują kilkusetmilionowe kredyty w euro na ekspansję w Polsce. Dodajmy – kredyty, których nigdy nie będą musiały spłacić, bo najprawdopodobniej zostaną zamienione na udziały banków. I tak oto realizowana jest polityka: przejmowania polskiego rynku, eliminowania słabszych polskich handlowców, dociskania do ściany polskich producentów, których nie stać na inwestycje i rozwój, przechwytywania części dochodów klientów a wreszcie wywozu kapitału z Polski w majestacie prawa. Widać wyraźnie, że weszliśmy w decydującą rozgrywkę – być albo nie być polskiej gospodarki w polskich rękach.

Dlatego uważam, że bitwa o polonizację handlu jest obowiązkiem: państwa, polskich producentów, polskich konsumentów, polskich handlowców.

Zdumiewa mnie jednak, że po głośnych deklaracjach i buńczucznych zapowiedziach rządu projekt ustawy opodatkowującej wielki handel może okazać się bardziej dokuczliwy dla polskich handlowców niż zagranicznych. Nasuwa to podejrzenie, że lobbyści dobrze opłacani przez zagraniczny kapitał „skutecznie” dotarli do piszących ustawę urzędników i polityków. Obym się mylił.

Co mogę doradzić rządzącym? Przede wszystkim podjęcie promocji polskiego handlu, znalezienie sojuszników do długookresowej kampanii „Kupuj polskie produkty w polskich sklepach”. Rozważyłbym też likwidację podatku dochodowego w handlu i zastąpienie go podatkiem obrotowym o wysokości od 1 do 3%. Likwidacja podatku dochodowego zostawiłaby trochę pieniędzy w portfelach polskich handlowców, którzy do tej pory ten podatek musieli płacić. Jednocześnie, i to uważam za szczególnie ważne, część z wpływów z podatku obrotowego od wielkich zagranicznych sieci handlowych przeznaczyłbym na wniesienie do utworzonego Banku Polskiego Handlowca. Bank ten miałby za zadanie kredytować polski handel i udzielać pożyczek na wykup udziałów przez polskich kupców w zagranicznych sieciach handlowych, by je tą drogą polonizować.

Kochani, bitwa o handel, o polski handel to dziś najważniejszy front bitwy o polską gospodarkę. A zatem – kupujmy polskie produkty w polskich sklepach.

Tuzin złotych za godzinę

We współczesnym świecie możemy mówić o trzech źródłach dochodów. Pierwszym źródłem są wyniki badań naukowych i związane z tym patenty, wynalazki bądź po prostu pomysły i talent. To one przynoszą największe dochody, są najwyżej cenione, dają to, co ekonomiści nazywają zyskiem nadzwyczajnym. Drugim źródłem dochodów jest własność kapitału. Mam tu na myśli nieruchomości, przedsiębiorstwa, akcje i udziały, zgromadzone na lokatach pieniądze. Ekonomiści mówią tu o należnym zysku z kapitału. Trzecim źródłem dochodów są dochody z pracy, tej fizycznej i tej umysłowej. One też są podstawą późniejszych wypłat rent i emerytur.

Dramat Polski dziś polega na tym, że za bezcen wyprzedaliśmy fabryki, banki, handel, a często nieruchomości czyli kapitał. Nabyły go zagraniczne firmy, przedsiębiorcy i to w ich ręce, do ich kieszeni trafia zysk z kapitału. Co gorsza, zagraniczni właściciele fabryk zlikwidowali działające przy przedsiębiorstwach ośrodki naukowo-badawcze, instytuty, zespoły ludzi, których zadaniem było opracowywanie wynalazków, nowych technologii, po prostu wymyślanie. Dziś jesteśmy państwem- kuriozum w Europie, o najmniejszej liczbie zgłaszanych patentów. Zatem zysk nadzwyczajny, ten najbardziej wydajny ekonomicznie nam się nie należy.

Staliśmy się przede wszystkim najemnymi pracownikami, często w zagranicznych firmach, często produkujących wyroby lub komponenty, które wymagają dużo nisko kwalifikowanej robocizny, co gorsza, nisko opłacanej. Efektem jest, że połowa pracujących Polaków, czyli około 8 milionów nie zarabia 2400 złotych miesięcznie, a około 1,5 miliona zarabia mniej, niż 1400 złotych miesięcznie.

Czy zatem ustawowe podniesienie stawki godzinowej płacy do 12 złotych brutto za godzinę to dobre rozwiązanie?

Odpowiedź tych, którzy bezpośrednio skorzystają z podwyżki będzie prosta – dlaczego tak mała podwyżka? Dlaczego nie więcej? I możemy powiedzieć, że będą mieli rację.

Z drugiej strony odpowiedź tych, którzy wypłacą podwyżkę – przedsiębiorców, najczęściej polskich małych i średnich będzie – a skąd mam na to wziąć pieniądze? To, co państwo daje pracownikowi idzie z mojej kieszeni. Podwyżka dla pracownika to dla mnie podatek. A często przedsiębiorca doda – jedynie państwo na tym zarobi, bo do płacy 12 złotych za godzinę brutto ja będę musiał jako przedsiębiorca dorzucić 2 złote narzutów z tytułu podatków i składek. Co gorsza, z ustawy wynika, że będę musiał prowadzić biurokratyczną dokumentację: ile, kiedy, gdzie, kto przepracował, bo jeśli nie dopilnuję dokumentacji, to kontrola Państwowej Inspekcji Pracy nałoży na mnie wysoką grzywnę. A zatem, tym kto najwięcej na podwyżce stawki godzinowej zyska będzie urząd skarbowy.

     I pracownik i pracodawca adresując pretensje do rządu mają rację. Dlaczego? Bo rząd swym działaniem zachowuje się jak lekarz, który nie leczy przyczyny choroby, a jej objawy. Bo przyczyną niskich dochodów Polaków jest złamanie świętej zasady własności mówiącej, że majątek narodowy powinien być w dominującym stopniu w polskich rękach, a nie tak jak ma to miejsce obecnie – jest własnością kapitału zagranicznego.

     Błąd rządu polega też na tym, że arbitralnie ingeruje w stosunki między pracownikiem a pracodawcą – wchodzi „między wódkę a zakąskę” ustalając wysokość płac. Tymczasem jego rolą jest skupić się na tworzeniu takich mechanizmów i reguł, by popyt na pracę rósł i wymuszał na pracodawcy wzrost płac, tak jak się to dzieje na przykład w informatyce.

Ustawa o „tuzinie złotych za godzinę” pewnie uspokoi sumienia rządzących, będą mogli powiedzieć – „troszczymy się o najuboższych”. Ale my powinniśmy dopowiedzieć, że uspokajanie sumienia kosztem małego i średniego polskiego przedsiębiorcy to błąd. Co gorsza, narzucanie wyższej stawki godzinowej bezpośrednio zachęca i prowadzi do rozszerzenia sfery pracy niedeklarowanej, na szaro bądź czarno.

Ustawa „tuzin złotych za godzinę” ma także dodatkowe skutki ekonomiczne i społeczne. Po pierwsze – wzrost płacy minimalnej podnosi koszty produkcji najczęściej w polskich małych i średnich przedsiębiorstwach pogarszając ich konkurencyjność na rynku wewnętrznym i w eksporcie. Po drugie – wzrost kosztów produkcji w dobie deflacji czyli spadku cen własnych wyrobów – czego doświadcza wielu polskich przedsiębiorców – pogarsza rentowność przedsiębiorstw, obniża zyski, zdolność do inwestowania i rozwoju, a także prowadzi do spadku podatku dochodowego płaconego budżetowi.

A po trzecie – to uważam za szczególnie ważne – ustawa o „tuzinie złotych za godzinę” wrzuca do jednego worka pracodawców polskich i zagranicznych przeciwstawiając ich polskim pracownikom. I tym oto sposobem polski mały i średni przedsiębiorca jest konfliktowany z polskim robotnikiem i pracownikiem, jakby to on był głównym winowajcą niskiego poziomu płac i dochodów, a nie dominujący u nas kapitał zagraniczny.

Sumując uważam ustawę „tuzin złotych za godzinę” za bardzo ułomną, odwracającą uwagę od istoty problemu, sprzyjającą wzrostowi antagonizmów społecznych i działań nielegalnych. Nie tędy droga do naprawy Rzeczypospolitej.

Komentarz do Ustawy o opodatkowaniu banków

Sejm uchwalił ustawę opodatkowującą aktywa banków i instytucji finansowych. Według szacunków ma on przynieść budżetowi około 6 miliardów złotych w 2016 roku. A oto moje uwagi i komentarze.

Po pierwsze: zysk banków wyniósł ponad 19 miliardów złotych w roku 2015. Od tego zysku zapłacono około 3 miliardy podatku dochodowego. Jeśli przyjąć, że nowy podatek „zdejmie” z banków około 6 miliardów złotych to jednocześnie obniży rozmiary zysku i należny od tego podatek dochodowy. Zmniejszenie podatku dochodowego można szacować na około 1 miliard złotych. A zatem, od założonej w budżecie po stronie wpływów kwoty 6 miliardów z tytułu podatku bankowego należy odjąć 1 miliard, po stronie ubytku wpływów z tytułu podatku dochodowego.

Po drugie: ponieważ podatek bankowy będzie płacony od aktywów banków to należy liczyć się z działaniami obniżającymi poziom aktywów ze strony służb księgowych banków. Sposobów takich jest kilka i bądźmy pewni, że banki skorzystają z nich bez skrupułów i z wdziękiem. Moim zdaniem obniży to szacowane wpływy do budżetu o kolejny miliard.

Po trzecie: i najważniejsze, o czym nie mówi się wcale. Banki kredytują budżet państwa, pożyczają mu pieniądze na procent. Przypomnę, że obecnie obsługa zadłużenia budżetu państwa wynosi 35-40 miliardów złotych rocznie. Jestem pewien, że w reakcji na ustawę bankową banki zażądają wyższych opłat za obsługę zadłużenia. A nawet niewielki wzrost oprocentowania długu oznacza ogromne dodatkowe kwoty do spłacenia. Drugim narzędziem obok stopy procentowej, którym mogą posłużyć się banki (o czym u nas zapomniano uznając, że decyzja jest wyłącznym przywilejem NBP) jest kurs walutowy. Obniżenie tzw. ratingu Polski przez jedną z instytucji finansowych czyli stopnia wiarygodności ekonomicznej Polski w świecie, co dokonało się w ubiegłym tygodniu, to właśnie przykład skoordynowanej, międzynarodowej reakcji banków na ustawę o ich opodatkowaniu. Efektem obniżenia ratingu była dewaluacja złotówki do euro i dolara o ponad 5%. A proszę policzyć, że jeśli zadłużenie budżetu państwa wynosi kilkaset miliardów dolarów to 5% tej kwoty po przeliczeniu na złotówki to dziesiątki miliardów złotych. Od tak powiększonego długu trzeba będzie zapłacić wyższe odsetki.

Zadajmy teraz pytanie i spróbujmy na nie odpowiedzieć – co z ustawy bankowej wynika dla nas, klientów banków?

Patologią systemu bankowego w Polsce jest, że banki bez mała 30% swych przychodów osiągają z opłat, narzutów, prowizji, które w wielu krajach nie istnieją, bądź są symboliczne. Nie miejmy złudzeń banki by powetować sobie koszty podatkowe podniosą poziom narzutów i prowizji. My je zapłacimy, banki więcej zarobią, my zarobimy mniej, budżet państwa zatem otrzyma mniejsze wpływy z naszych podatków, czyli też relatywnie straci.

Można też spytać czy podrożeją kredyty. Zagraniczne banki w Polsce stworzyły swoisty oligopol i wywindowały oprocentowanie kredytów znacznie powyżej średniej europejskiej. Sądzę, że nie oprocentowanie kredytów, ale dostęp do nich będzie utrudniony.

Jest jeszcze jeden aspekt. Nazwę go – ekonomiczno-społeczny. Banki w obronie swej rentowności mogą podjąć działania nazywane dziś „w nowomowie” restrukturyzacją. Mówiąc wprost, banki by obniżyć koszty dokonają redukcji zatrudnienia. W Polsce w sektorze bankowym pracuje 170-200 tysięcy ludzi. Ewentualna redukcja zatrudnienia kilku czy kilkunastu tysięcy młodych ludzi to nie żarty. A przecież są to najczęściej młodzi, pełni optymizmu, energiczni Polacy, którzy uwierzyli, że los im sprzyja i pracując w bankach …pozadłużali się w bankach. Powiem otwarcie – oby ten scenariusz nie zaczął się spełniać.

Sumując: uważam, że bilans zysków i strat wynikający z wprowadzenia podatku bankowego nawet jeśli – w co wątpię – dla budżetu państwa okaże się dodatni, to na pewno dla klientów banków będzie ujemny i to w długim okresie czasu.

Decyzję rządu o wprowadzeniu podatku uważam zatem za lekkomyślną, przypominającą zabawę w kręcenie butelką – czyli skoro potrzebujemy pieniędzy dodatkowych, bo obiecaliśmy rodzinom z dziećmi po 500 złotych, to kręcimy butelką i na kogo wypadnie ten ma dać niezbędną kwotę. Wypadło na banki, no to…bęc.

Czy można więc powiedzieć, że banki powinny nadal pozostać bezkarne i łupić nas drogim kredytem i opłatami? Moja odpowiedź to zdecydowane – nie. Z całą mocą twierdzę, że należy podjąć rozgrywkę z bankami o to, by służyły polskim firmom i polskim konsumentom, ale by to się stało potrzebne jest skoordynowane działanie. Po pierwsze – potrzebna jest długookresowa strategia gospodarcza państwa, po drugie – współdziałanie z NBP i KNF, a nade wszystko potrzebne jest uzyskanie poparcia społecznego, wynikającego z zaufania obywateli do władz. W przeciwnym razie będziemy mieli nieskoordynowane działania pozorne w barwach ochronnych przynoszące więcej szkody niż pożytku.

Myśląc o Polsce – „500 zł na dziecko”

 

Gdy zadam pytanie – czy Polska potrzebuje długookresowej strategii gospodarczej? Usłyszę z pewnością odpowiedź – tak.

Gdy zadam pytanie – czy Polska potrzebuje długookresowej strategii społecznej? Usłyszę z pewnością odpowiedź – tak.

Czy program – 500 złotych na dziecko jest elementem jednej, drugiej bądź obu strategii? Odpowiedzi na tak postawione pytanie nie udzieli nikt, gdyż do chwili obecnej o istnieniu strategii nic nie wiemy. Jest to więc oderwany pomysł, nie wkomponowany w żaden zbiór działań – co w polityce gospodarczej i społecznej nie wróży niczego dobrego. Ale może okazać się (obym się mylił), że program „500 złotych na dziecko” jest jedynym znaczącym pomysłem rządu i ma zastąpić zarówno strategię ekonomiczną, jak i społeczną. Twierdzę, że gdyby tak się stało, to rozwiązanie „zamiast” byłoby dla nas najgorszym.

Zastanówmy się nad szacunkiem efektu programu „500 złotych na dziecko”. Jeśli podejmujemy decyzję o wydatkowaniu dużej, ogromnej kwoty pieniędzy, co więcej, jeśli decydujemy się wydatkować tę kwotę corocznie, to należy, powtórzę z naciskiem, należy odpowiedzieć na pytanie – jakich efektów oczekujemy. Do dzisiaj nikt z rządu nie przedstawił żadnych liczb, choćby tylko szacunków dotyczących efektu demograficznego poniesionych nakładów. Nikt nie próbował podać nawet orientacyjnych danych – ile dodatkowych dzieci urodzić się powinno dzięki programowi 500 złotych.

To błąd – polityka ekonomiczna i społeczna tak działać nie powinna. To tu przede wszystkim obowiązuje rachunek nakładów i wyników oraz personalna odpowiedzialność polityków, którzy decyzje podejmują.

Tym głośniej upominam się o szacunek efektów prokreacyjnych, gdyż w ubiegłym tygodniu Główny Urząd Statystyczny – instytucja poważna i naukowa – opublikował prognozę demograficzną dla Polski do roku 2050. Wynika z niej, że dzieci będzie się rodzić coraz mniej, liczba ludności w roku 2050 wyniesie 35 milionów, a przyrost naturalny spadnie do poziomu 277 tysięcy dzieci rocznie czyli o ponad 20% mniej niż w chwili obecnej.

A teraz zadajmy kolejne pytanie – jeśli chcemy przez dodatkowe pieniądze przekazywane rodzinom stymulować prokreację, to która grupa rodzin wydaje się być najlepszym adresatem: ta, która nie ma dzieci, ma jedno dziecko, ma więcej niż jedno dziecko. Program rządu adresowany jest do rodzin z więcej niż jednym dzieckiem, tymczasem moim zdaniem bardziej skłonne do powiększenia rodziny będą małżeństwa bezdzietne i z jednym dzieckiem. Co więcej, uważam za niezgodne z Konstytucją uznanie, że jednym dzieciom pomoc z funduszu 500 się należy, a innym, nawet w tej samej rodzinie – się nie należy. Dzielenie dzieci na lepsze i gorsze to pierwszy grzech złych rodziców.

Rozpatrzmy, jak kwota 500 złotych zostanie odebrana przez rodziny o różnym poziomie dochodów.

Dla rodzin najzamożniejszych, których jest około 10% będzie to niewielki dodatkowy fundusz nie mający żadnego wpływu na wydatki, poziom życia i decyzje prokreacyjne. Niewiele ryzykuję mówiąc, że ponad 2-3 miliardy złotych, które trafią z budżetu do zamożnych rodzin, z punktu widzenia prokreacji, zostaną zmarnowane.

Dla rodzin o przeciętnych dochodach będzie to kwota znacząca w ich wydatkach. Wypada jednak zapytać, jaka część z tych rodzin to rodzice w wieku 35-40 lat i więcej, którzy na powiększenie rodziny na pewno się nie zdecydują.

Dla rodzin o niskich dochodach kwota 500 złotych na dziecko, tym bardziej jeśli dzieci jest kilkoro – to radykalna poprawa zamożności. Pytanie, które w tym wypadku należy zadać brzmi: ile rodzin dodatkowe pieniądze przeznaczy na wydatki dając pierwszeństwo dzieciom, a ile otrzymane pieniądze wydatkuje niezgodnie z intencją autorów projektu ustawy, a ile po prostu przepije. Odsetek rodzin patologicznych rośnie i kto wie, czy dodatkowe pieniądze, miast polepszyć dolę dzieci jej nie pogorszą, szybciej deprawując.

Czasami pada propozycja dawania rodzinom zamiast pieniędzy bonów. Pomysł ten uznaję za tyle słuszny co do intencji, co skomplikowany i prowadzący do rozbudowy biurokracji, zbędnej sprawozdawczości i krętactwa.

Ważne pytanie, które powinniśmy sobie zadać brzmi: jak na 500-złotowe dopłaty do dzieci patrzeć od strony etyki. Czy jest to kwota, która jak mówią niektórzy „pozwoli godnie żyć”? Czy przeciwnie, jest to jałmużna i upokorzenie dla przyjmujących, którzy świadomi swych zbyt niskich dochodów przyjmując jałmużnę, godności się wyrzekają?

Sprawa nie jest błaha. Potwierdza ona fakt, że system ekonomiczny w Polsce nie pozwala większości obywateli, którzy chcą bądź pracują zarabiać płacę godziwą, mieć dochody z własności tak, by w sumie wystarczyło na utrzymanie wielodzietnej rodziny. Jeśli system zmusza ludzi do przyjmowania jałmużny to on równocześnie trwale ich deprawuje. Przyzwyczaja do życia z darowanych pieniędzy, uczy że tak być powinno i „to im się należy”. Taki system to patologia, która rozrywa związek między pracą a wysokością wynagrodzenia za pracę. Taki system obniża presję na wzrost płac. Płaca traci treść podstawowego źródła dochodu rodziny, a to oznacza, że pojawia się brak motywacji do pracy i demoralizacja. Z drugiej strony państwo nie przeciwdziałając temu stanowi rzeczy, przeciwnie, brnąc w rozdawnictwo, zrzeka się fundamentalnego obowiązku prowadzenia skutecznej polityki gospodarczej i społecznej i współodpowiedzialności za tworzenie miejsc pracy i poziom wynagrodzeń.

Postawmy pytanie: czym z punktu widzenia budżetu państwa jest fundusz 500 złotych na dziecko. Odpowiedź brzmi: będzie to strumień pieniędzy wypłacanych co miesiąc rodzinom za pośrednictwem samorządów przez wiele lat. Rodzi się zatem następne pytanie – co będzie źródłem zasilającym ten strumień? Według danych przedstawionych przez rząd w roku 2016 mają to być wpływy z podatku od banków, handlu, uszczelnienia ściągalności VAT i sprzedaż częstotliwości telekomunikacyjnej. Sprzedaż częstotliwości to dochód jednorazowy, w następnych latach powtórzyć go nie będzie można. Rodzi się zatem wątpliwość, jakim sposobem w kolejnych latach rząd zamierza uzyskać niezbędne fundusze na kontynuowanie programu 500 złotych na dziecko. Przestrzegam przed sięganiem po przykład koalicji AWS-UW z lat 1997-2001, która by realizować szaleńczy program emerytalny wyprzedała większość majątku narodowego. Po czym, po 10 latach z programu OFE trzeba było się wycofać – ale wyprzedanego majątku już nie odzyskano.

Postawmy pytanie czy istnieje alternatywa dla programu 500 złotych. Ekonomia zna pojęcie kosztu alternatywnego. To mówiąc w uproszczeniu analiza, czy dane środki można wydatkować efektywniej od przyjętego rozwiązania i osiągnąć lepszy rezultat. I my powinniśmy zadać to pytanie. Czy nawet jeśli nie zmarnujemy ogromnych, corocznie wypłacanych świadczeń czy nie można ich wydać lepiej?

Podam przykład, który uważam za bardzo bliski realiów. W gminie, gdzie z dopłat korzystać będzie tysiąc dzieci roczny fundusz na wypłaty wyniesie 6 milionów złotych. Tymczasem za 3-5 milionów złotych można wybudować przedszkole, w którym przebywać może około 200 dzieci, spędzać tam cały dzień pod fachową opieką, otrzymywać wyżywienie itd. Koszt budowy przedszkola jest jednorazowy. Późniejszy koszt utrzymania go – płace personelu, wyżywienie dzieci to wydatek znikomy w porównaniu z kwotą 6 milionów corocznie.

Część zwolenników pomysłu 500 złotych na dziecko podnosi argument, że otrzymane przez rodziny pieniądze przeznaczone zostaną na zakupy, trafią na rynek, zwiększą popyt i ożywią gospodarkę. Czyli nawet jeśli efekt prokreacyjny okaże się być znikomy, to efekt ekonomiczny w postaci nakręcenia koniunktury uzasadnia realizację pomysłu. Moim zdaniem kłania się w tym miejscu autorom ekonomiczny elementarz. Podstawowe pytanie brzmi: czy i kiedy należy nakręcać koniunkturę przez stymulowanie konsumpcji, a czy i kiedy przez inwestycje. Większość ekonomistów zdecydowanie odpowie, że szczególnie w sytuacji kraju zapóźnionego gospodarczo, jakim jest Polska, uzasadnione jest wspieranie inwestycji, gdyż daje to efekt długookresowy. Ja mogę dodać, że w obecnej sytuacji Polski zwiększenie konsumpcji, gdy w znacznej części towary nabywane przez rodziny pochodzą z importu nie ma co liczyć na przyspieszenie wzrostu gospodarczego, zatrudnienia, co najwyżej wpływ ten będzie niewielki.

Ale jest też inny, bardzo poważny zarzut. Kwota ponad 20 miliardów złotych rocznie przeznaczona na dopłaty jeśli zabraknie wpływów podatkowych będzie musiała być uzupełniona o pożyczki zaciągnięte przez budżet państwa. To z kolei spowoduje wzrost kosztów obsługi zadłużenia co w prosty sposób prowadzi do podniesienia podatków, utraty konkurencyjności przedsiębiorstw, spadku inwestycji i spowolnienia gospodarczego.

Sumując. Polityka ekonomiczna i społeczna to nie jest działanie w myśl zasady chcieć to móc bądź jak mówią niektórzy „trącić sroczkę w ogonek, a wyskoczy złoty pierścionek”. Uważam, że obowiązkiem moim jest zwrócić rządzącym uwagę na zagrożenia, powiem więcej, długookresowe negatywne konsekwencje wprowadzenia programu 500 złotych na dziecko nie powiązanego z innymi działaniami ekonomicznymi i społecznymi.

Pytania do Kandydatów na Urząd Prezydenta RP

Pytania do obu kandydatów: Czy jest Pan za lub przeciw uznaniu zbrodni organizacji faszystowskich OUN-UPA na Narodzie Polskim za ludobójstwo ? Czy jest Pan za lub przeciw obchodom państwowym upamiętniania ludobójstwa dokonanego na Narodzie Polskim Kresów Wschodnich w czasie II Wojny Światowej i po wojnie, przez zbrodnicze i faszystowskie organizacje ukraińskie OUN-UPA ? Czy będzie…

Continue reading →