Rząd sam nic nie zrobi

Z Dariuszem Grabowskim, przedsiębiorcą i ekonomistą, organizatorem Powszechnego Samorządu Gospodarczego  rozmawia Łukasz Perzyna
– Przedsiębiorcy 3 Maja postanowili wybrać się pod Pałac Prezydencki, wybrali znaną z historii formę Czarnej Procesji. Skoro mamy protest, to i postulaty. Czego przedsiębiorcy oczekują od rządzących?
– Trzydzieści lat wolnej Polski nie dało nam tego, od czego powinno się zacząć jej budowanie: upodmiotowienia przedsiębiorców. Po prostu nie pojawiły się mechanizmy gospodarcze, prawne ani administracyjne, porządkujące relacje przedsiębiorców z władzą ustawodawczą, wykonawczą czy nawet związkami zawodowymi. Oczywiście powstały liczne stowarzyszenia, federacje i organizacje branżowe. Dobrze, że działają. Teraz jednak nas interesuje coś więcej: scalanie. Jeśli jeden wspólny głos po uprzedniej dyskusji nie zostaje wyartykułowany, to taką gromadę zawsze da się podzielić i skłócić. Każdej grupy społecznej czy zawodowej taka prawidłowość dotyczy.
– Czego więc Wam potrzeba?
– Potrzeba zorganizowania się i połączenia. Pokazania, że właściciel restauracji, piekarni i warsztatu samochodowego mają wspólne obowiązki i wspólne interesy. Powinni razem wystąpić z pomysłem, który trwale uporządkuje nie tylko relacje z władzą, co żyje z ich podatków, ale w ogóle kontakty przedsiębiorców z ich społecznym otoczeniem. Niezbędne uprawnienia do współdecydowania wiążą się z arbitrażem gospodarczym, sądami polubownymi, szkolnictwem zawodowym, które teraz podupadło. Nie są to fanaberie, ale instytucje, które skutecznie sprawdziły się w naszej historii i sprawnie działają w najbardziej gospodarnych państwach. Programy inwestycyjne i system podatkowy zawodowi politycy i biurokracja mogą tworzyć jak uznają za stosowne, albo uzgadniać je z przedsiębiorcami, którzy na tym się znają.
– Podczas niedawnego spotkania prezydenta Andrzeja Dudy z przedsiębiorcami, ze względu na czas pandemii odbywanego w znacznej mierze w formule zdalnej, spore zainteresowanie wzbudziła wypowiedź Jacka Czauderny z branży gastronomicznej, której izbę gospodarczą reprezentuje, dotycząca potrzeby odrodzenia powszechnego samorządu gospodarczego w Polsce. Sam prezydent również żywo na nią zareagował. Dlaczego to takie ważne?
– Dlatego, że bez współdziałania przedsiębiorców w podejmowaniu decyzji nie ma porządnej strategii rozwoju ani odpowiedzialności za państwo. Dominująca wśród polityków wizja państwa prowadzi do upadku, bo polega na centralizacji uprawnień i decyzji w wąskim gronie wysokich urzędników dobieranych wedle partyjnego klucza. Skupiają się oni na obronie własnych pozycji. Dzieje się tak, jak w „Potopie” Henryka Sienkiewicza, że Polska staje się kawałkiem czerwonego sukna, decydenci ciągną, jak wtedy magnaci, żeby jak najwięcej wyrwać dla siebie. Różnice barwy politycznej nie mają wielkiego znaczenia, jak przekonaliśmy się przy okazji niedawnych porozumień, nawet lewicy z prawicą, korzystnych najbardziej… dla ich własnego, wąskiego zaplecza. Głównie w takich kategoriach myślą, nawet gdy setki miliardów są do podziału, ci co decydują. O państwo za to mniej się troszczą, bardziej o rozdzielanie okruchów z pańskiego stołu.
– Jak widzi Pan w takim razie Powszechny Samorząd Gospodarczy jako alternatywę dla takich procesów podejmowania decyzji?
– Powszechny Samorząd Gospodarczy to kreator strategii, odpowiada za jej realizację. Kontroluje i ubezpiecza przed samowolą władzy. Zdolny byłby przeciwstawić się naciskom partyjnym albo egoizmowi kasty urzędniczej, zawsze ciągnącej do siebie. Oczywiście to wariant, do którego zmierzamy. Samorząd gospodarczy zaczynał się odradzać zaraz po II wojnie światowej, ale komunistyczna władza udaremniła ten renesans z użyciem środków administracyjnych. Z kolei po 1989 r. wszyscy zajęli się sobą, własnymi firmami, zachłysnęli wolnością, nikt nie miał głowy do budowania wspólnoty. Pochopnie uznano, że Polskę można zostawić zawodowym politykom, a oni sobie poradzą. Doświadczenie pandemii i spowodowanego przez nią kryzysu gospodarczego, z którym władza zupełnie sobie nie radzi pokazuje, jak złudne okazało się to przekonanie. Nawet władza komunistyczna u schyłku nauczyła się pytać, gdy nie wiedziała, zezwoliła na firmy polonijne z kapitałem zagranicznym, oczywiście nie dlatego, że kierowała się poczuciem dobra wspólnego, tylko jej nomenklatura właśnie się wtedy uwłaszczała. Tamta ekipa reformowała się i tak za wolno, dlatego upadła. Spotkanie u prezydenta, o które Pan pytał, okazuje się cenne jak każda wymiana poglądów, ale trzeba było ponad roku funkcjonowania gospodarki w pandemii, żeby się go doczekać. Potrzebne są robocze, codzienne kontakty. Wystarczy spojrzeć co stało się z Radą Dialogu Społecznego: miała wzorować się na modelu francuskim czy niemieckim, gdzie permanentnie trwają negocjacje pracodawców z pracobiorcami, w których mozolnie wszystkie szczegóły wspólnego ładu się ustala. U nas mamy przykład zapaści, rada okazała się bytem martwym. Swój silny i decyzyjny samorząd zawodowy mają lekarze i adwokaci. Przedsiębiorcy nie czują się od nich gorsi, również ciężko pracują, ponoszą odpowiedzialność za swoje działania, dbają o kwalifikacje i standardy.
– Skutki pandemii uda się zniwelować wyłącznie wspólnie, o to Wam chodzi?
– Strategii, żeby z niej wyjść nie da się wymyślić za biurkiem. Wymaga partnerów, polskich przedsiębiorców. Rząd sam tego nie zrobi. Obecna sytuacja wokół pandemii, przeciwdziałanie jej samej i niszczącym dla gospodarki skutkom ujawniła mnóstwo problemów, związanych choćby z funkcjonowaniem koncernów farmaceutycznych, koniecznością powściągnięcia ich interesów, żeby nie szkodziły dobru wspólnemu. Praktycy gospodarki czują wagę tych kwestii, biurokraci nie. Rząd sam sobie nie poradzi. Trzeba, żeby znalazł partnerów, bo wszelka centralizacja oznacza oderwanie się od realiów gospodarczych i społecznych. Na razie ku temu zmierzamy. Władza przedkłada utrzymanie własnej pozycji nad inne cele. Trzeba się temu przeciwstawiać, stąd nasze akcje. Nikt nie zdejmie z przedsiębiorców również ich społecznych obowiązków. Tworzą miejsca pracy, więc pozostają odpowiedzialni za tych, których zatrudniają. W czasie pandemii padło 10 tysięcy polskich sklepów, zdecydowana większość tych, co pozostały poniosła ciężkie straty, a Biedronka – sieć zagraniczna podniosła w tym czasie obroty o 10 procent i zarazem wielki krzyk, że jedną karę na nią nałożono. System podatkowy powinien chronić polskiego przedsiębiorcę, w tym handlowca, a nie dopieszczać zagraniczne koncerny i banki. Trzeba mieć świadomość, że cofając się, oddajemy pole obcym. Stąd też nasz protest 3 Maja. Wybraliśmy formułę Czarnej Procesji, oryginalną i pozwalającą się przebić z atrakcyjnym ale sensownym przekazem, z ideą samorządu gospodarczego. Patrzeć zamierzamy na reakcje polityków, zapamiętamy, kto spróbuje nas blokować, a kto wykaże gotowość do rozmowy.
– W polskiej historii nie brak szczytnych epizodów, do których warto nawiązywać. Dlaczego akurat Czarną Procesję wybraliście? Upominała się o przyznanie mieszczanom praw publicznych. Utarło się raczej porównanie współczesnych przedsiębiorców do dawnej szlachty, która też gospodarując, zapewniała krajowi rozwój, a zarazem Polski broniła, tak jak dziś przedsiębiorcy najwyższe podatki na armię placą?    
– Nie przeprowadzamy rekonstrukcji historycznej, natomiast świadomie nawiązujemy do tradycji. Szlachta odegrała swoją wielką rolę w dziejach Polski. Był czas, gdy znakomicie się z niej wywiązywała: w epoce tworzenia się państwa, jego organizowania i bronienia granic, które poszerzaliśmy dzięki temu, że szlachta była nośnikiem kultury, tworzyła wzorce atrakcyjne dla sąsiadów, którzy lgnęli do polskiej wolności, demokratyzmu, sprawiedliwych sądów. Wtedy mieliśmy wydajne rolnictwo, pozostawaliśmy eksporterem produktów rolnych. Z drugiej strony w epoce Oświecenia pojawiły się manufaktury, związane z nimi oraz z handlem i rzemiosłem mieszczaństwo wzmocniło swoją rolę i domagało się praw, jak wtedy w trakcie Czarnej Procesji, w dobie Sejmu Czteroletniego, na półtora roku przed Konstytucją 3 Maja. Wspólnie wystąpili przedstawiciele 141 miast królewskich, wszyscy na czarno poubierani udali się na Zamek, prowadził ich prezydent Warszawy Jan Dekert, a że zdarzyło się to już po Rewolucji Francuskiej, miało swoją dramaturgię, ale co również znaczące, my krwawego konfliktu wewnętrznego na podobną skalę uniknęliśmy. Bo też to nie były wcale tradycje przeciwstawne: szlachecka i mieszczańska. Współcześnie da się nawiązywać do obu. Nie mamy powodu własnej historii się wstydzić ani wzorców szukać na siłę za granicą. Polskie mieszczaństwo potrafiło się zorganizować, zabrać głos w swoich sprawach – dlatego inspiruje nas Czarna Procesja. Ale na nim dobre wzorce się nie kończą: dawną rolę szlachty, której podstawy bytu zrujnowały działania zaborców jak konfiskaty majątków powstańcom styczniowym, przejęła wyłoniona z niej inteligencja. Nawet w trudnych latach PRL fachowa kadra inżynieryjno-techniczna i ekonomiczna miała swoje poczucie misji, starała się przeciwdziałać opóźnieniu cywilizacyjnemu, wynikającemu ze strat wojennych i żelaznej kurtyny, rozwijać technologie i standardy. Gdy Tadeusz Kotarbiński pisał o dobrej robocie, oni to wprowadzali w czyn. Skoro w naszej historii, tu się z Panem zgadzam, znajdujemy wiele budujących wzorów, warto się starać i nawiązywać do najlepszych. Misja inteligencji po 1989 r. osłabła, dawniej opiniotwórcza grupa pozwoliła się pod względem socjalnym podzielić, zaś media swoim niekiedy aż natrętnym przekazem zagłuszyły to, co ma do powiedzenia, podpowiadały wzorce z importu, nawet sprzed wielu lat. Rzeczywiście dzisiaj to przedsiębiorcy jak dawniej warstwa szlachecka organizują proces gospodarczy, zapewniają rozwój firm i regionów, niech więc mówią własnym głosem, temu służą nasze działania. Propagujemy takie zachowania, które budują wspólnotę i przeciwdziałają egoizmowi, w strasznym trwającym już ponad rok czasie pandemii przekonaliśmy się chyba wszyscy, jakie to ważne, żeby być razem.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *