Zmiana lepsza od dobrej

Trudno nie skomentować zamieszania wokół odwołania Jacka Kurskiego ze stanowiska prezesa TVP przez Radę Mediów Narodowych na wniosek Joanny Lichockiej. Dlaczego? Ponieważ w ostatnim czasie TVP transmisjami z obrad NATO w Warszawie, transmisjami z pobytu Papieża w Polsce oraz Światowych Dni Młodzieży, a wreszcie przekazem z Mistrzostw Europy w piłce nożnej pokazała, że potrafi sprawnie…

Continue reading →

72. rocznica Powstania Warszawskiego

Moja śp. Mama walczyła w powstaniu. Mój śp. Tato cudem uniknął śmierci podczas Rzezi Woli (jego zeznania są w dokumentach IPN-u). Pierwszy sierpnia to dzień, kiedy najbardziej czuję obecność Rodziców w moich myślach, miłość i wdzięczność dla Nich. O 17.00 – w Godzinę „W” z żoną staliśmy na Placu Trzech Krzyży, by wraz z innymi,…

Continue reading →

Ukraina jutro – podmiotem czy przedmiotem polityki międzynarodowej

 

Spójrzmy na problem w skali globalnej.

Jesteśmy świadkami słabnącej pozycji Stanów Zjednoczonych w gospodarce światowej na rzecz przede wszystkim Chin i państw Azji południowo-wschodniej. W kontekście naszego tytułu podstawowe pytanie brzmi: Czy Stany Zjednoczone zaangażowane coraz bardziej w walkę konkurencyjną z Chinami i krajami Azji będą gotowe nadal angażować się i ponosić koszty utrzymania swych wojsk na terenie Europy. Czy nauczone doświadczeniem XX wieku Stany Zjednoczone będą uznawały Europę za miejsce, w którym rozstrzyga się o pokoju i wojnie na świecie? Nie ulega  wątpliwości, że zaangażowanie Stanów Zjednoczonych w Europie nawet jeśli przejściowo zostanie ograniczone, zawsze będzie istotne w sensie militarnym, zaś w sensie ekonomicznym po podpisaniu umowy o wolnym handlu może znacząco wzrosnąć komplikując sytuację ekonomiczną wielu krajów Europy. Z drugiej strony wobec rosnącej potęgi gospodarczej Niemiec i ich dominacji w Europie trudno sobie wyobrazić, by stosunki między Niemcami a Stanami Zjednoczonymi nie nabrały szczególnego charakteru, oczywiście kosztem pozostałych państw Europy. Dodatkowym czynnikiem, który należy brać pod uwagę jest chińska koncepcja budowy Jedwabnego Szlaku łączącego w jeden silny organizm gospodarczy Europę i Azję. Taki nowy byt gospodarczy, gdyby powstał, z pewnością będzie groźny i nie do zaakceptowania bądź trudny do zaakceptowania przez Stany Zjednoczone.

Europa ma swoje problemy, których rozwiązać nie potrafi, a które rzutować będą na gospodarkę i politykę państw i narodów w najbliższych dziesięcioleciach. Ja na pierwszym miejscu, jako problem europejski, stawiam perspektywę demograficzną. Według szacunków, które uznać należy za precyzyjne, liczba ludności w Europie do roku 2050 praktycznie nie ulegnie zmianie, ale zmieni się struktura populacji, gdyż ponad jedna trzecia ludności będzie miała powyżej 60 lat. W kilku państwach nastąpi znaczący spadek liczby ludności – w Rosji z około 140 do 120 milionów, w Niemczech z 82 do 74, w Polsce z 38 do 34, na Ukrainie z 45 do 36 milionów. W krajach bałtyckich z 6,3 miliona do 5,3 miliona. Ocenia się, że w dziesięciu krajach postkomunistycznych do 2050 roku ubędzie 50 milionów ludzi. Demografowie mówią, że taka skala spadku ludności przypomina kryzys z połowy XIV wieku, gdy przez Europę przetoczyła się epidemia dżumy. Ale są też kraje w Europie jak: Irlandia, Norwegia, Szwecja, Wielka Brytania, Włochy, gdzie liczba ludności wzrośnie. W porównaniu z innymi kontynentami można mówić, że Europa się skurczy i zestarzeje, podczas gdy liczba ludności w Ameryce Północnej wzrośnie o 30%, w Azji o 25% a w Afryce podwoi się. Co więcej, do roku 2050 ubędzie w Europie około 65 milionów miejsc pracy. Największy spadek zasobu pracy zanotują Niemcy z 55 milionów do około 40, Ukraina z 32 milionów do 20 i Polska z 27 do 19 milionów.

Patrząc na te dane ekonomista może powiedzieć „wnioski nasuwają się same”. Wymieńmy je jednak w skrócie. Kryzys demograficzny skutkować będzie: niższą dynamiką gospodarczą, wyższymi kosztami społecznymi, zmianą struktury popytu z produktów przemysłu i rolnych na usługi, wyższą migracją i imigracją, konfliktami narodowościowymi, rasowymi, religijnymi. W słabnącej Europie coraz bezwzględniej każde z państw walczyć będzie o pracowników i rynek zbytu dla swych produktów. Największą siłę mają i z niej korzystają Niemcy, którzy potrzebują rąk do pracy i już tylko z tego względu chętnie spoglądają na Ukrainę, jak też jako największy eksporter świata starają się utrzymać bądź rozszerzyć dla swych firm rynki zbytu, stąd ich niechęć do polityki embarga handlowego w stosunku do Rosji oraz nacisk na przyjęcie przez Unię Europejską umowy o wolnym handlu ze Stanami Zjednoczonymi.

Przyjrzyjmy się teraz sytuacji na Ukrainie.

Z punktu widzenia geopolitycznego jej położenie jest strategiczne. Jest bramą do zachodniej i południowej Europy, zaś dla drugiej strony jest przejściem do Rosji, na Kaukaz i Morze Czarne. Ukraina ma wspaniałe gleby, stąd często jest nazywana spichlerzem Europy, ma bogate złoża surowców: węgla, rudy żelaza, rudy metali rzadkich, a nawet bursztynu. Ukraina w czasach należenia do ZSRR zbudowała przemysły: stoczniowy (lotniskowce, lodołamacze), lotniczy, zbrojeniowy i ciężki. Współzależność gospodarek Ukrainy i Rosji będąca efektem wspólnej historii jest oczywista. To Ukraina dostarczała w 1990 roku 25% zbóż, 55% buraków cukrowych, 22% węgla, 46% rudy żelaza i stali. Czołgi rosyjskie z historycznym T-34 powstawały w Charkowie, samoloty i silniki lotnicze w Kijowie, rakiety w Dniepropietrowsku. Nie można żyć iluzją i wierzyć, że dziś Rosja pozwoli Ukrainie stać się eksporterem wyrobów przemysłu zbrojeniowego.

W chwili obecnej Ukraina powinna w ciągu 4-5 lat spłacić zadłużenie przekraczające 50 miliardów dolarów. Oczywiście jest to niemożliwe i sądzić należy, że będzie ono „rolowane” a także, że zadłużenie stanie się narzędziem przemian własnościowych na Ukrainie. Szacuje się, że do 2050 roku ludność Ukrainy zmniejszy się o około 10 milionów. Dodatkowo znacznie powiększy się udział ludzi starych. W sensie politycznym Ukraina jest rządzona przez układ oligarchiczny przypominający nieco Ukrainę XVII-wieczną rządzoną przez polsko-ruską magnaterię nazywaną często królewiętami.

Spróbujmy zebrać i zestawić wnioski, jakie nasuwają się wobec przyszłości Ukrainy w kontekście zmian zachodzących w Europie i na świecie.

Po pierwsze – uznać trzeba, że Stany Zjednoczone w rozgrywce z Rosją traktują Ukrainę instrumentalnie i będą wykorzystywały do destabilizacji politycznej w regionie. Jednocześnie Stany Zjednoczone skwapliwie wykorzystają dla własnych celów ten potencjał gospodarki ukraińskiej, który uznają za wysoce efektywny.

Po drugie – Europa Zachodnia wplątana we własne problemy nie ma ani siły, ani woli pomóc Ukrainie. Co gorsza, jest zainteresowana upadkiem części przemysłu ukraińskiego, z pewnością niedopuszczeniem, by stał się on konkurencyjny w skali kontynentu. Koncerny europejskie zainteresowane są przejęciem rynku ukraińskiego bądź przejęciem za bezcen w ramach procesu prywatyzacji i spłaty zadłużenia tych przedsiębiorstw, które uznane zostaną za atrakcyjne.

Po trzecie – Europa Zachodnia nie jest zainteresowana obroną niepodległości Ukrainy, gdyż ocenia, że osłabiona Rosja ze swym potencjałem ekonomicznym i militarnym dziś i w dającej się przewidzieć przyszłości Zachodniej Europie nie zagraża – jak miało to miejsce kilkadziesiąt lat temu.

Po czwarte – Niemcy nawiązując do tradycji i doktryny Mitteleuropy będą wykorzystywały sentyment Ukraińców do nich grając nacjonalizmem ukraińskim zarówno przeciw Rosji, jak i Polsce.

Po piąte – nie należy oczekiwać, by Rosja była zainteresowana szybką i siłową aneksją Ukrainy ze względu na koszt takiej operacji oraz coraz silniejsze nastroje antyrosyjskie. Rosja będzie starała się pogłębić biedę i kryzys na Ukrainie, anarchizować społeczeństwo i grając „na czas” będzie czekała na korzystną okazję, gdy być może zmęczeni problemami codzienności Ukraińcy sami poproszą o przyłączenie do Rosji.

Wewnętrzna sytuacja polityczna na Ukrainie ewoluuje w szczególny sposób. Możemy dziś mówić, że przy panującym systemie oligarchicznym dwie grupy dzielą między siebie władzę. Pierwszą stanowią liczący około jednego miliona ukraińscy Żydzi. Warto w tym miejscu przypomnieć, że właśnie Ukraina to teren, na którym zamieszkiwały plemiona chazarskie, które przyjęły judaizm i że to właśnie ta grupa ludnościowa stanowi dzisiaj około 95% populacji żydowskiej na świecie. Nazywa się ich często Żydami pochodzenia aszkenazyjskiego. Nie ulega wątpliwości, że ukraińscy Żydzi korzystają z silnego wsparcia finansowego, organizacyjnego, medialnego i innych światowej diaspory żydowskiej. Drugą grupą są skrajni nacjonaliści ukraińscy, często finansowo wspierani przez środowiska ukraińskie w Ameryce Północnej i Kanadzie, które swymi hasłami starają się radykalizować społeczeństwo ukraińskie. Symbioza w sprawowaniu władzy  tych dwu środowisk jest paradoksem, jeśli wziąć pod uwagę historyczne konflikty między nimi i skalę zbrodni popełnionych przez banderowców na ludności żydowskiej w latach 1941-1945.

Szukanie tożsamości historycznej w banderyzmie to samobójstwo polityczne sprytnie podsycane przez  środowiska międzynarodowe, którym zależy na destabilizacji w regionie, osłabianiu Rosji i Polski. „Nurzanie się” w banderyzmie przez sprawujących władzę na Ukrainie, czego przykładem: stawianie pomników, nadawanie nazw ulic, ustawa gloryfikująca przywódców OUN-UPA to dowód na nieistnienie prawdziwej elity politycznej na Ukrainie. Na pewno  banderyzm znakomicie wykorzystywany jest jako narzędzie do dyscyplinowania ludności oraz indoktrynowania młodego pokolenia Ukraińców. Nacjonalizm ukraiński służy przede wszystkim tym, którzy chcą władzy dla siebie i słabej, zależnej od struktur międzynarodowych Ukrainy.

Można mieć obawy graniczące z pewnością, że Ukraina stanie się państwem kontrastów, biedy i nielicznych enklaw nowoczesności i bogactwa. Enklawy te to przykładowo przemysł wydobywczy i wielkoobszarowe rolnictwo. Będą one nowoczesne, bo doinwestowane kapitałem zagranicznym, zorientowane na współpracę na rynkach zagranicznych, ale mające tylko znikome związki z lokalnym rynkiem i otoczeniem gospodarczym. Taki model gospodarczy – rozwoju enklawowego jest najczęściej destrukcyjny dla państwa, jak i społeczeństwa.

 

 

W 40. Rocznicę Wydarzeń Radomskich

21 czerwca 2001 roku, w 25. Rocznicę Wydarzeń Radomskich, ja Dariusz Grabowski, wtedy poseł Ziemi Radomskiej, zgłosiłem w Sejmie uchwałę przyjętą jednogłośnie. Tekst mojego wystąpienia uzasadniającego i treść uchwały poniżej przytaczam. Ubolewam, że wnioski w nich przedstawione, niestety ciągle są aktualne. Uzasadnienie do uchwały posła Dariusza Grabowskiego Panie Marszałku! Panie! Panowie! Historia Polski, a szczególnie…

Continue reading →

Więc jak? 500+ na dziecko czy na samochód?

 

Moje obawy zaczynają się potwierdzać. Co mam na myśli? Większość rodzin wydaje pieniądze z programu 500+ na najpotrzebniejsze towary i usługi. Ale są też coraz liczniejsi, którzy zadają sobie pytanie: Dlaczego na przykład nie kupić lub zmienić samochodu? A co zrobić, kiedy środków z 500+ nie wystarcza? Oczywiście jest rozwiązanie, pomogą … życzliwe banki, które już przygotowały stosowny kredyt konsumpcyjny. Banki cieszą się, bo przecież mogą powiedzieć, że kredyt został udzielony pod zbożnym hasłem …prokreacji a la polonaise.

Efekt? Gwałtownie rośnie import samochodów używanych. W ciągu czterech miesięcy tego roku – o ponad 16% w stosunku do ubiegłego. Ciekawa jest charakterystyka importowanych pojazdów: powypadkowe stanowią 74%, w wieku ponad 11,5 lat stanowią 64%, w wieku do 4 lat tylko 4%. Tak stare samochody nie spełniają oczywiście obowiązujących europejskich norm ochrony środowiska czyli emisji spalin. Nie dziwmy się zatem, że wiele naszych miast zaliczanych jest do najgorszych pod względem jakości powietrza w Europie. Zdecydowana większość importowanych pojazdów ma cofnięty licznik czyli sfałszowany odczyt przebiegu kilometrów.

W tym miejscu kłaniam się nisko naszym dyżurnym ekologom. Pytam, czemu w tej sprawie zachowują powściągliwe milczenie. Czyżby protesty rodzimych zielonych miały sprawić kłopot i problemy niektórym ich inspiratorom i sponsorom zza zachodniej granicy czyli przedstawicielom niemieckiego przemysłu motoryzacyjnego. To najprawdopodobniejsze uzasadnienie milczenia.

Czy dostrzegam coś pozytywnego w szybko przyspieszającym imporcie starych samochodów? Z pewnością można pochwalić fakt, że nawet ubodzy Polacy będą mogli „wybić się” na samochód. Pieniądze wydane na benzynę, ubezpieczenia, naprawy pozwolą ograniczyć wydatki na używki, alkohol czyli per saldo pójdą na zdrowie.

Ale wróćmy na podwórko motoryzacji i rynku pojazdów w Polsce. Od dłuższego czasu szereg decyzji administracyjnych i ekonomicznych „zapętla się” i układa w dobrze napisany scenariusz, który za cel stawia sobie uprzywilejowanie importerów używanych samochodów oraz związanego z nimi zaplecza usługodawców i pośredników. A oto katalog tych decyzji.

Po pierwsze zlikwidowano tzw. opłatę recyklingową czyli koszt złomowania pojazdu wynoszący 500  złotych. Tą decyzją obok rodzimych importerów ucieszyliśmy przede wszystkim Niemców, gdzie koszt złomowania wynosi kilkaset euro. Wypada zapytać czy u nas samochodów się nie złomuje? Odpowiedź jest prosta – w ramach programu Natura 2000 rozmontowane resztki wywozi się do lasu.

Po drugie – nieco wcześniej uchylono rozporządzenie o obowiązkowym badaniu technicznym na stacji diagnostycznej w Polsce samochodu importowanego przed zarejestrowaniem. Koszt tego badania wynosił kilkaset złotych. Dziś wara komu do tego, w jakim stanie technicznym jest samochód sprowadzony z importu.

Po trzecie, co szczególnie zabawne, choć w sumie i w skutkach tragiczne, od kilkunastu lat, powtarzam, od kilkunastu lat, obowiązuje niewaloryzowana (choć ustawa to rządowi nakazuje) opłata za coroczny przegląd techniczny pojazdu i dopuszczenie do ruchu po upływie trzech lat od daty jego produkcji. W efekcie stacje diagnostyczne, by przetrwać przymykają oko na niesprawne pojazdy.

     Sumując – dokładnie widać, że przez lata władze zrobiły wszystko, co należało i nie należało, by potanić import używanych samochodów, by uatrakcyjnić i uprzywilejować import starzyzny i złomu. Świadomie wskutek tego zaakceptowały pogarszający się stan techniczny pojazdów, ich podatność na wypadki, co pogorszyło bezpieczeństwo na drogach, przyzwoliły na dodatkową emisję szkodliwych dla zdrowia substancji a wreszcie przyczyniły się do rozkwitu szarej i czarnej strefy dominującej w branży używanych pojazdów.

A teraz nowy rząd do powyższego  katalogu dodał „wisienkę na torcie” w postaci ustawy 500+, która spowoduje wzrost importu starych aut.

Postawmy pytanie, kto skorzysta na takiej polityce? Odpowiedź nie jest trudna. Po pierwsze ci, którzy pozostają beneficjentami tej polityki czyli niemieccy i zachodnioeuropejscy producenci samochodów, którzy bez dodatkowych kosztów pozbędą się rodzimego złomu. Skorzystają też banki i firmy ubezpieczeniowe. Cieszyć się mogą: laweciarze, warsztaty naprawcze, komisy, pośrednicy samochodowi. Żeby była jasność. Szanuję ich ciężką pracę, nie mogę jednak nie spytać czy taka praca i zawody, które wykonują przybliżają nas do nowoczesności i wysoko wydajnej gospodarki czy przeciwnie, oddalają. Potwierdzeniem tej tezy niech będzie fakt, że Europa Zachodnia z takiej działalności rezygnuje. Mówiąc brutalnie „wciska się” nam to, czego inni nie chcą, a jednocześnie przekonuje, że to nasza szansa. Wyznacza się nam a raczej narzuca rolę naprawiaczy, handlarzy i użytkowników starzyzny.

Coraz częściej pada hasło o reindustrializacji Polski. Czy uprzywilejowanie importu starych samochodów przybliża nas czy oddala od realizacji tego hasła? Jesteśmy narodem bez mała 40-milionowym. Kupujemy rocznie ponad milion używanych samochodów i trzysta tysięcy nowych, a bywało że więcej. Takiego rynku nie może lekceważyć żaden producent pojazdów, a tym bardziej nie powinien polityk gospodarczy.

Pytam zatem jak to się stało, że państwa nie mające żadnych tradycji w produkcji samochodów dziś nas wyprzedzają? Mam na myśli Słowację, Węgry, Rumunię. Jak to się stało, że praktycznie jedynym przemysłem motoryzacyjnym inwestującym w Polsce jest niemiecki. Jak to się stało, że wybito nam z głowy własną markę samochodu, przecież potencjałem ludnościowym i wieloma innymi elementami społecznymi i ekonomicznymi powinniśmy porównywać się do Korei Południowej.

Odpowiedź na wszystkie te pytania ma wymiar ekonomiczno-polityczny. To siła  lobby niemieckiego przemysłu motoryzacyjnego działającego w Polsce i siła lobby importerów samochodów używanych i ich zaplecza stanowi o przeszłości i teraźniejszości polskiej motoryzacji. To oni konsekwentnie dbają, pilnują, by polityka wobec rynku i przemysłu motoryzacyjnego w Polsce nie zmieniała się. By nie zapaliło się zielone światło dla odbudowy polskiego przemysłu motoryzacyjnego. Dowodem, że możemy i powinniśmy podjąć rzucone nam wyzwanie jest odrodzenie się produkcji autobusów w Polsce i odrodzenie się produkcji traktorów Ursus w Polsce. Właściciele tych przedsiębiorstw są prawdziwymi polskimi herosami-marzycielami, którzy na przekór wrogiej im polityce kolejnych rządów robią swoje. Chwała im za to!

Jest też problem wagi ogólnej pojawiający się w kontekście motoryzacji. Obejmujący władzę, a jeszcze lepiej obejmujący władzę po efektownym zwycięstwie wyborczym, nabierają przekonania o swojej wszechmocy. Mają skłonność do dwóch grzechów: pychy i prywaty. Przypomnę Leszka Millera, który po wyborczym triumfie SLD głosił, że pod jego rządami, jak będzie trzeba … wyrosną gruszki na wierzbach. Dzisiejsza ekipa obiecała wiele w sferze socjalnej. Postawmy sprawę jasno. Realizacja tej polityki już stoi pod znakiem zapytania ze względu na brak środków, ale co gorsza, brnięcie w nią całkowicie uniemożliwi podjęcie radykalnej strategii reindustrializacji Polski. Brakuje mądrego, poprzedzającego program socjalny programu i strategii ekonomicznej. Ujawnienie się sprzeczności między polityką społeczną a potrzebą programu ekonomicznego to wstęp do porażki politycznej i ogromnych, negatywnych kosztów, które mogą w przyszłości obciążyć cały naród. Czas, by na przykładzie przemysłu motoryzacyjnego ostrzec rządzących.

WYBIERAJ – EMIGRACJA ALBO BEZROBOTNY ZAWODOWY

Zacznijmy od faktów.

W poszukiwaniu pracy wyemigrowały 2-3 miliony Polaków, głównie młodych, zdolnych, aktywnych, energicznych. By uchwycić skalę zjawiska powiem, że wielkość ta odpowiada dziesięcioletniemu przyrostowi naturalnemu w Polsce. To tak, jakby w ciągu dekady Polacy nie rodzili się, a wyłącznie wymierali.

Według ostatnio przeprowadzonych badań około półtora miliona dorosłych Polaków jest zdecydowanych wyemigrować w poszukiwaniu pracy. Co gorsza, w sumie około cztery miliony naszych rodaków poważnie rozważa emigrację za pracą. Główne powody i motywy ich decyzji to zarobki i lepszy standard życia. Najliczniejszą grupę potencjalnych emigrantów stanowią ludzie młodzi do 35 roku życia (ponad 60%), mieszkańcy województw wschodnich i południowych ze wsi i małych miasteczek. Co ciekawe, za próg wynagrodzenia powyżej którego gotowi byliby zostać i pracować w Polsce uznają kwotę około 2,5 tysiąca złotych netto. Dodajmy, że według oficjalnych statystyk zarejestrowanych bezrobotnych w Polsce jest około półtora miliona.

Zjawiskiem nowym, o wysokiej dynamice, którego lekceważyć nie należy jest imigracja zarobkowa do Polski około jednego miliona Ukraińców. Gdzie znajdują zatrudnienie? Przede wszystkim w rolnictwie, budownictwie, usługach, handlu. Wykonują prace ciężkie, niskopłatne, bez przestrzegania kodeksu pracy, respektowania norm zdrowotnych i ekologicznych.

Pora wyciągnąć wnioski.

Pierwszy z nich: błędna polityka wysokiego opodatkowania niskich płac doprowadziła do wyrugowania części Polaków z wykonywania zawodów przejętych następnie przez Ukraińców. Gdyby jednocześnie Polacy znajdowali zatrudnienie w zawodach wyżej płatnych, cieszących się większym szacunkiem bądź prestiżem moglibyśmy powiedzieć, że nic złego się nie dzieje. Ale tak nie jest, czego dowodem właśnie chęć emigracji około półtora miliona Polaków o niskim wykształceniu. A zatem polityka kolejnych rządów polega na kreowaniu mechanizmów ekonomicznych, rugowania Polaków z rynku pracy i rozszerzania tego rynku dla Ukraińców. W konsekwencji polityka ta wymusza na młodych Polakach emigrację zarobkową. To jest prawda, której nikt głośno nie ma odwagi powiedzieć.

Wniosek drugi: wysokie opodatkowanie niskich dochodów stoi w całkowitej sprzeczności z próbą wprowadzenia polityki prokreacyjnej poprzez ustawę 500+. Tam, gdzie zmusza się do emigracji, utrudnia zakładanie i samowystarczalność materialną rodzin nie należy liczyć na wysoki przyrost naturalny.

Wniosek trzeci: znaczna część Ukraińców pracuje na szaro bądź czarno czyli nie płaci w Polsce podatków. Ile z tego tytułu wynoszą straty budżetu? Warto spytać ministra finansów. Co więcej, Ukraińcy starają się zarobione pieniądze zaoszczędzić, czyli ograniczają własną konsumpcję, zmniejszają popyt ku utrapieniu producentów i handlowców w Polsce. Ci ostatni przecież nie sprzedawszy i nie zarobiwszy zapłacą mniejsze podatki. Ukraińcy zaoszczędzone złotówki wymieniają na dolary i wywożą z Polski, czym pogarszają bilans płatniczy, ograniczają obieg pieniądza a w sumie rozmiary inwestycji i wynikającego stąd przyrostu zatrudnienia w Polsce. Według moich szacunków skala wywozu dewiz z Polski przez Ukraińców wynosi od trzech do pięciu miliardów złotych.

Wniosek czwarty: pod znakiem zapytania postawić należy działalność urzędów pracy i całego systemu „kojarzenia” pracodawców z pracownikami. Jaki sens mają szkolenia, przekwalifikowania, kursy i tym podobne przedsięwzięcia dla młodych ludzi bez kwalifikacji, jeśli pracy dla nich nie będzie, bo Ukraińcy podejmą ją za niższą płacę. Mamy do czynienia z grą pozorów, gdzie urzędy pracy udają, że troszczą się o bezrobotnych a bezrobotni udają, że szukają pracy. Wychowaliśmy dzięki złemu prawu pracy i prawu podatkowemu zastępy, o których  bard Warszawy Stanisław Grzesiuk śpiewał, że każdy z nich „jest chłop morowy i bezrobotny jest zawodowy”.

Zastanówmy się nad przewidywanym rozwojem wypadków. Należy obawiać się pogarszania sytuacji ekonomicznej i politycznej na Ukrainie. Destabilizacja w tym kraju, która może nastąpić niebawem, wywoła zwiększony napływ imigrantów zarobkowych do Polski. Rozszerzy to strefę pracy na szaro i czarno, ale co ważniejsze może wzmóc presję na spadek realnych wynagrodzeń tam, gdzie Ukraińcy znajdują zatrudnienie. W konsekwencji pogorszy się pozycja polskich pracowników, zmniejszą możliwości znalezienia pracy, wzmocnią motywacje do emigracji z Polski. O konsekwencjach powyższych zjawisk dla budżetu państwa pisałem powyżej.

Co zatem należy zrobić?

Za najważniejsze uważam szybkie i radykalne uporządkowanie systemu wynagradzania i opodatkowania najniższych wynagrodzeń poprzez zwiększenie kwoty wolnej od podatku do poziomu właśnie 2-2,5 tysiąca złotych miesięcznie, czyli poziomu postulowanego przez potencjalnych emigrantów. Porównajmy – środki przeznaczone na ustawę 500+ pozwoliłyby zatrudnić dwa miliony bezrobotnych i powiększyć ich wynagrodzenie o około tysiąc złotych z obecnego minimum wynoszącego 1355 złotych netto. A to przecież oznacza, że potencjalni emigranci zdecydowaliby się na pozostanie w Polsce, tu konsumowali i płacili podatki, tu zakładali rodziny i mieli dzieci. Należy także obniżyć narzuty na płace (ZUS) dla najniżej płatnych zawodów. Przedsiębiorców zaś należy premiować ulgami inwestycyjnymi, przyspieszonym i zwiększonym odpisem amortyzacyjnym.

Naiwnością jest mniemać, że napływ Ukraińców do Polski uda się ograniczyć bądź zlikwidować metodami administracyjnymi. Jest już za późno. Są firmy, branże, które całą kalkulację oparły na tanim robotniku ukraińskim. Byłoby głupotą je niszczyć. Należy zatem zalegalizować pracę Ukraińców w Polsce w taki sposób, by przestało się opłacać zatrudniać ich nielegalnie, a ich samych zniechęcić do takiej pracy. Służyć do tego może podatek ryczałtowy.

Należy także przeciwdziałać aprecjacji złotówki względem dolara, dążyć do osłabienia jej kursu, a zatem nie naśladować bezwolnie polityki Europejskiego Banku Centralnego kierowanego pod dyktando i w interesie Niemiec. Polityka mocnego złotego ma swoje konsekwencje na rynku zatrudnienia w Polsce, szczególnie w zawodach niskopłatnych. Zwiększa napływ imigrantów zarobkowych z Ukrainy, a Polaków „wypycha” na emigrację. I jednym i drugim się to opłaca, ale Polska traci pod każdym względem.

Należy także odebrać Ukraińcom prawo do ubiegania się o 500 złotych na dziecko, co zostało wpisane w tak rozreklamowaną przez rząd ustawę. Szacować można, że około 100 tysięcy Ukraińców skorzysta z takiej dopłaty. Pytam o co chodzi rządowi? Czy o tworzenie dodatkowych zachęt dla imigrantów zarobkowych z Ukrainy? Przecież to rząd deklarował, że zależy mu na przyroście naturalnym Polaków, a nic nie wspominał o Ukraińcach.

     Uważam, że program zmian w polityce społecznej i socjalnej obiecany wyborcom przez rządzących, nie zweryfikowany i nie podporządkowany mądremu programowi ekonomicznemu, w którym na czołowym miejscu postawiony zostanie los i interes małego i średniego polskiego przedsiębiorcy może zakończyć się porażką polityczną. Realne koszty poniosą pracownicy i polskie rodziny.

Kto chce nam odebrać gotówkę?

Kiedy rząd w ostatnich tygodniach wystąpił z inicjatywą ustawy ograniczającej obrót gotówkowy między przedsiębiorcami do kwoty 15 000 złotych dla jednej faktury, mój nos wyczuł, że będą następne pomysły w tej tonacji. Ponieważ nie chciałem straszyć, krakać i wywoływać wilka z lasu – milczałem. I oto niestety moje przewidywania spełniły się w myśl zasady, że jak jest źle to może być zawsze gorzej czyli… wilk wyszedł z lasu sam. O kim mowa?

O Panu senatorze Grzegorzu Biereckim, przewodniczącym komisji Finansów Publicznych, prezesie SKOK. Wspierany przez świtę prześwietnych doradców pan prezes raczył był udzielić wywiadu, w którym stwierdził co następuje: „Obrót gotówkowy powinien być ograniczony do codziennych, podstawowych zakupów (…) Stale zwiększa się powszechność kart płatniczych, od września, wskutek wdrożenia unijnej dyrektywy o podstawowym rachunku bankowym, wszyscy Polacy będą mieli dostęp do taniego w użytkowaniu konta, do dziesięciu przelewów ma być to usługa darmowa.”

Wypada mi w tym miejscu grzecznie zapytać pana prezesa czy kiedy będę chciał dać na tacę w kościele większą kwotę gotówką, co przecież zostanie zakazane, czy pan prezes łaskawie pozwoli mi skorzystać z darmowej usługi w SKOK – o ile parafia będzie miała konto.

Wypada też zapytać, jak rozwiązany zostanie problem obcokrajowców chcących wymienić dewizy na złotówki, ale nie życzących sobie rozliczenia poprzez karty płatnicze.

Należy też jednoznacznie poinformować, że wszystkie kantory wymiany walut ulegną likwidacji.

Argumenty przemawiające za pomysłem pana prezesa i jego prześwietnych doradców, przez niego przedstawione – brzmią bojowo: „ (…) mamy do czynienia z dużą szarą strefą. To zaburza konkurencję, bo ten, kto płaci ludziom pod stołem albo unika opłat ZUS czy na ochronę zdrowia może taniej zaoferować swoje produkty i usługi. Trzeba rozważyć ograniczenie w Polsce obrotu gotówkowego. To jest najlepszy sposób ograniczenia szarej strefy.”

Logika pana prezes jest porażająca. A mianowicie: za główną przyczynę istnienia szarej strefy w Polsce uznaje… obrót gotówkowy, istnienie pieniądza papierowego. Wniosek, który wyprowadza brzmi – zlikwidujmy obrót gotówkowy, a radykalnie ograniczymy bądź zlikwidujemy szarą strefę.

Ta logika pozwala mi zakwalifikować pana prezesa do grona ekonomistów, którzy niczym przysłowiowy lekarz z powieści Haszka o Szwejku wszystkie choroby leczył… lewatywą.

Jeśli pan prezes chce konsekwentnie trzymać się przyjętej logiki,  powinien „pójść za ciosem i postawić kropkę nad i”. Co mam na myśli? Czekam na obwieszczenie przez niego decyzji partii i rządu o całkowitej likwidacji i zakazie obrotu gotówkowego w Polsce. Ot co!

Ze swej strony przewiduję, że reakcją na taką decyzję byłoby spontaniczne powstanie „pieniądza gotówkowego drugiego obiegu” , którym najprawdopodobniej byłyby dewizy, a dominowałby dolar.  Powstałby „niezależny, samorządny obrót gospodarczy” . Gwarantuję, że rozrost szarej strefy i czarnorynkowego, nieewidencjonowanego obrotu gospodarczego zaskoczyłby największych optymistów. A przecież w myśl terapii zaproponowanej przez pana prezesa… szara i czarna strefa powinny zniknąć.

Sądzę, że sprawa ograniczenia obrotu gotówkowego – pomysł i marzenie bankierów i banksterów to sprawa poważna, przedstawmy zatem nasze argumenty przemawiające przeciw.

Zło, patologię, chorobę a takimi jest istnienie szarej strefy w myśl podstawowej zasady lekarskiej należy leczyć nie szkodząc – primum non nocere. Leczenie należy zacząć od wskazania przyczyn  oddzielając je od objawów. Moim zdaniem istnienie szarej strefy to w decydującej mierze efekt złego prawa gospodarczego, złego systemu podatkowo-kursowego, złego systemu kreacji pieniądza i wadliwego działania instytucji państwowych. Ograniczyć i to radykalnie szarą strefę można i należy, ale tylko pod warunkiem zastosowania instrumentów ekonomicznych i prawnych zachęcających i motywujących do ujawnienia obrotów i dochodów przez przedsiębiorców i obywateli, a nie stosując przymus administracyjny i zakazy, strasząc karami.

Należy zapytać pana prezesa czy swój pomysł uzgodnił tylko ze swoimi prześwietnymi doradcami, czy tak jak nakazują reguły demokracji skonsultował go z bezpośrednio zainteresowanymi konsumentami i producentami. Z pewnością nie. Należy on zatem do grona tych przedstawicieli władzy, którzy „zawsze wiedzą lepiej i nie muszą nikogo pytać”.

Ograniczenie radykalne obrotu gotówkowego oznacza ograniczenie wolności gospodarczej, zaś przymus dokonywania zakupów za pośrednictwem banków i instytucji finansowych oznacza na dodatek radykalne naruszenie prawa do prywatności. Coraz częściej ostatnio te niezbywalne prawa człowieka są ograniczane, a nawet łamane. Dzieje się tak pod pretekstem obrony przed terroryzmem, bądź też pod pretekstem troski o budżet państwa. Pan prezes swym działaniem chce dopisać kolejną kartę. Takie zachowanie, taka postawa cechuje z reguły przedstawicieli władzy, która nie potrafi rządzić w imieniu i dla dobra obywateli, decyduje się zatem na rządy … dla dobra własnego.

Wątpię, by pan prezes nie rozumiał, że przymus obrotu bezgotówkowego poprzez banki radykalnie rozszerza wiedzę tych instytucji o obywatelach, kontrolę nad obywatelami. Wiedza powzięta o klientach banków, wnioski z niej wynikające będą z pewnością konsekwentnie wykorzystywane do „strzyżenia obywateli”. A banki potrafią to znakomicie robić.

Ograniczenie obrotu gotówkowego to potężny cios wymierzony w handel bazarowy i giełdowy. A  zatem w polskich małych i średnich handlowców. Może to oznaczać likwidację wielu tysięcy rodzinnych firm. A ponieważ przegraliśmy z kretesem wojnę z zagranicznymi firmami o dominację w handlu wielkopowierzchniowym to obrona ostatniego bastionu w polskich rękach – handlu w małych sklepach i na prowincji powinna być priorytetem działania rządu. Polscy mali i średni handlowcy nawet jeśli – zmuszeni „przez życie” do częściowego działania w szarej strefie – w Polsce płacą podatki, dokonują zakupów, inwestują. W przeciwieństwie do nich zagraniczne sieci handlowe podatków w Polsce nie płacą, a ogromne zyski transferują za granicę.

Istnienie szarej strefy w Polsce to także efekt błędnej, należy powiedzieć zgubnej dla państwa i obywateli polityki NBP i banków. Trudny pieniądz, drogi kredyt, deflacja to zjawiska będące efektem braku emisji pieniądza stosownie do dynamiki i potrzeb gospodarki. NBP emituje pieniądz tylko na pokrycie wymiany dewiz na złotówki, a to oznacza niedobór „gotowego grosza” na rynku. Szara strefa dzięki której cyrkulacja, obrót pieniądza zostaje przyspieszony, zwielokrotniony to właśnie naturalna samoobrona podmiotów gospodarczych przed brakiem pieniędzy na rynku. O dziwo, o tym by pan prezes interweniował w NBP nie słyszeliśmy.

Ograniczenie, bądź likwidacja obrotu gotówkowego radykalnie spowolni wzrost gospodarczy. Zacytujmy filozofa F. Bacona „pieniądz jest jak nawóz, nie rozrzucony nie przynosi plonów”. Likwidacja gotówki to likwidacja pewnej formy gospodarowania i narzucanie, wymuszanie innej. Każdy przymus w gospodarce to zło, choć bywa, że konieczne. Ale ten nowy przymus, nałożony na wszystkich obywateli, ostrzegam, może być… niebezpieczny nawet dla władzy.

Pora zadać (przepraszam damy) bardzo kobiece pytanie – ale właściwie o co chodzi? Otóż uważam, że pan prezes i prześwietna świta doradców doskonale wiedzą o co chodzi i komu to służy. A służy bankom i instytucjom bankowym, jak SKOK-i. One będą jedynymi depozytariuszami pieniędzy, one będą dyktowały reguły gry, zarabiały na wszystkim tyle, ile uznają, że należy, oczywiście kosztem obywateli i przedsiębiorców. Deklarowana troska o budżet ze strony pana prezesa to mówiąc językiem młodzieżowym „pyszna ściema”.

Propozycja radykalnego ograniczenia obrotu gotówkowego to od dawna marzenie prezesów największych banków. Dotąd nie mieli oni odwagi zgłosić  tego pomysłu publicznie, zatem pan prezes  ich usłużnie wyręczył, czyli zrobił „za nich, dla nich”.

A przecież pan prezes znakomicie rozumie, że to rozwiązanie będzie skutkować zwiększeniem zysków banków kosztem obywateli i przedsiębiorców, a następnie zwiększeniem wywozu, transferu pieniędzy z Polski przez banki.

Wypada zapytać, czy na tym ma właśnie polegać tak nagłaśniana idea repolonizacji banków i gospodarki? Jeśli tak, to polscy przedsiębiorcy powinni zdecydowanie powiedzieć – dość! A ja wzywam – polscy przedsiębiorcy organizujmy się i organizujmy samorząd gospodarczy.

Jak z pomocą Rządu pieniądz gorszy wypiera pieniądz lepszy

 

Od 1 stycznia 2017 roku płatności gotówkowe między przedsiębiorcami nie będą mogły przekraczać 15 tysięcy złotych. Płatność gotówkowa powyżej tej kwoty – z mocy ustawy uchwalonej przez większość sejmową nie będzie mogła być zaliczona w koszty, czyli nie pomniejszy dochodu przedsiębiorcy, a w konsekwencji zmusi go do zapłacenia wyższego podatku dochodowego. Dodajmy, że do chwili obecnej ograniczenie obrotu gotówkowego jest do kwoty 15 tysięcy euro. W uzasadnieniu ustawy czytamy: „…będzie miało pozytywny wpływ na zwiększenie transparentności dokonywanych transakcji, wzrost uczciwej konkurencji między przedsiębiorcami, zmniejszenie szarej strefy, zwiększy dochody budżetu państwa”.

Szef komisji finansów sejmu, poseł Andrzej Jaworski (z wykształcenia etnolog, z zawodu… menedżer) dowodzi, że „…przedsiębiorcy prowadzący legalne interesy jest wszystko jedno, czy dokonuje płatności gotówką, czy elektronicznie”. A wiceminister finansów Leszek Skiba szacuje wzrost wpływów do budżetu z tego tytułu na 2 miliardy złotych rocznie. Pan wiceminister dodaje, że idziemy za przykładem takich krajów jak Portugalia, Hiszpania, Bułgaria, Grecja, które wprowadziły podobne ograniczenia, ale zapomina dodać, że żadnych ograniczeń w obrocie gotówkowym nie znają: Niemcy, Norwegowie, Szwedzi, Duńczycy, Anglicy.

Dokonajmy analizy argumentów autorów ustawy. Czy nowe prawo „zwiększy transparentność transakcji”? Wypada zapytać o co chodzi? Czym się różni transakcja opisana na fakturze opłaconej gotówką od opłaconej elektronicznie za pośrednictwem banku? Tym tylko, że treść faktury pozna osoba trzecia – pracownik banku. Czy zatem zdaniem ustawodawcy transparentność oznacza fakt, że o wszystkim co robimy należy poinformować i powinien wiedzieć bank? Wypada zapytać – czy wiedza, którą posiądzie nie zostanie przez niego wykorzystana dla własnych celów?

Druga kwestia. Czy nowa ustawa przyczyni się do wzrostu uczciwej konkurencji między przedsiębiorstwami. Należy rozumieć, że bank posiadający wiedzę o transakcji między przedsiębiorcami upowszechni tę informację „uprzejmie donosząc wszem i wobec”, że przedsiębiorca Jaś udzielił upustu przedsiębiorcy Zdzisiowi, ale nie udzielił upustu Kaziowi, nawet dopisując na jaką kwotę. A wiemy przecież, że mocą modnego dziś pojęcia „świętej tajemnicy bankowej” taki fakt nie będzie mógł mieć miejsca. A może bank zostanie upoważniony do wystawiania certyfikatów „uczciwego konkurenta”.

Czy nowe prawo ograniczy szarą strefę, jak twierdzi ustawodawca. O, słodka naiwności! Szara strefa zaczyna się w momencie nie dokumentowania działalności i obrotu gospodarczego. Zatem wystawienie faktury bez względu na formę płatności gotówkową bądź elektroniczną jest działaniem w sferze legalnej. Bardzo bym prosił Pana wiceministra finansów o przedstawienie mi algorytmu, który umożliwił mu oszacowanie dodatkowych wpływów podatkowych z tytułu nowej ustawy.

A teraz spróbujmy wypunktować nasze argumenty przeciw nowemu prawu.

Rząd, który deklaruje, że rozumie powagę sytuacji gospodarczej w Polsce oraz uznaje działania w interesie polskich przedsiębiorców za klucz do rozwiązania problemów wystąpił z projektem, który przedsiębiorcy w zdecydowanej większości oceniają jako szkodliwy i wymierzony przeciwko nim. Ale rząd decyzji nie zmienił, choć jej z przedsiębiorcami nie konsultował w myśl obowiązującej od czasów komuny zasady „władza wie lepiej”.

     Nowe prawo, trzeba to powiedzieć stanowczo i wyraźnie, ogranicza swobodę działalności gospodarczej, ogranicza wolność przedsiębiorcy.

Rząd, który w kwestiach gospodarczych jeszcze nie wystartował zdaje się dostawać zadyszki i by zachować pozory aktywności dobiera się do skóry małym i średnim polskim firmom, dodajmy najczęściej słabym i niskodochodowym – bo z nimi wie, że sobie poradzi. A jednocześnie ten sam rząd nie podejmuje próby ograniczenia nadużyć podatkowych dokonywanych przez wielkie sieci handlowe i koncerny zagraniczne. Czyli tu gdzie rząd deklaruje pomoc działania temu przeczą. Tu, gdzie deklaruje „walecznym słowem” bój z wielkimi oszustami tak naprawdę wywiesza białą flagę.

To, co szczególnie boli to fakt całkowitej nieznajomości „prozy życia” małego polskiego przedsiębiorcy, na przykład handlowca. Jeśli prowadzi on jednoosobowo sklep osiągający obroty kilkudziesięciotysięczne dziennie w gotówce, przez telefon zamawia u hurtownika towar za który płaci przy odbiorze właśnie gotówką to po wprowadzeniu nowego prawa nasz handlowiec będzie musiał w ciągu dnia zamknąć sklep, zanieść pieniądze do banku, wpłacić w kasie (bank swoją prowizję naliczy), wypisać przelew (bank swoją prowizję naliczy), telefonicznie błagać hurtownika o zaliczkową dostawę, bo przecież przelew zostanie dokonany po jednym bądź dwóch dniach, a w weekendy i święta po kilku dniach. A dodajmy do tego mitręgę dokumentacyjną w banku ze zwrotami, reklamacjami, przeceną przeterminowanych dostaw. Oto, jakie będą skutki nowej ustawy dla setek tysięcy małych handlowców. A co dopiero, gdybyśmy „zajrzeli” do budownictwa, gdzie wiele operacji to gotówkowe zaliczki, roboty, których wycena jest korygowana po wykonaniu. Sumując: nowa ustawa budżetowi da tyle, co kot napłakał, ale małym przedsiębiorcom napsuje żółci i uzmysłowi, że nic się nie zmieniło, władza jest przeciw nim.

Przymus rozliczeń via bank utrudni transakcje barterowe i clearingowe. Utrudni także wprowadzenie do obrotu tak zwanego pieniądza lokalnego, o co apeluje wielu ekonomistów i autor niniejszych rozważań. Skomplikuje możliwości tworzenia przedsiębiorstw klastrowych i spółek dorazowych, dla których do chwili obecnej brak odpowiednich regulacji prawnych – choć tak są potrzebne.

Natomiast co uważam za szczególnie ważne, to podkreślenie, że rozliczenia gotówkowe w Polsce, ich skala są ze strony przedsiębiorców próbą ratowania się przed zbyt małą emisją pieniądza dokonywaną przez NBP i banki. Wymienione wyżej instytucje prowadzą politykę deflacyjną, trudnego pieniądza, spadku cen, co jest całkiem sprzeczne z interesem polskich przedsiębiorców i państwa. Przykładem niech będzie wysokość nominału największego polskiego banknotu wynosząca 200 złotych. Każdy student wie, że nominał ten powinien wynosić co najmniej 500 złotych, gdyż wynika to ze skali obrotów gospodarczych i poziomu średniej płacy. Dla porównania przywołajmy banknot 500 euro w Unii Europejskiej. Dlaczego do chwili obecnej NBP nie wyemitował banknotu 500-złotowego? Odpowiedź jest prosta. Nie chcą tego banki zagraniczne dominujące w Polsce, a Narodowy Bank Polski (czy choć jedno słowo do niego przystaje?) usłużnie wykonuje ich polecenia.

Na koniec wypada zapytać, kto korzysta na nowej ustawie ograniczającej obrót gotówkowy.

     Odpowiedź jest jednoznaczna – banki. To one lobbują, lobbowały za jej przyjęciem. Wiedzą, bo zakładają, że więcej gotówki przepłynie przez ich sejfy, a zatem już z tytułu opłat manipulacyjnych, przetrzymywania pieniędzy, grania nimi w tak zwanym „międzyczasie” – zarobią.

Ale jest też drugie, gorsze dno. Dziś dostęp do informacji to najcenniejszy kapitał, a dzięki wymuszeniu operacji elektronicznych, które do chwili obecnej dokonywane były w gotówce banki powezmą wiedzę dodatkową o klientach, którymi są przedsiębiorcy i o rynku, na którym działają. Ponieważ bitwa o wielki handel w Polsce już się zakończyła triumfem zagranicznych sieci, to teraz rozpocznie się proces dobijania rynków lokalnych i małych, prowincjonalnych polskich handlowców. Wiedza, którą zdobędzie bank i którą podzieli się z zaprzyjaźnioną firmą zagraniczną zostanie wykorzystana – tu właśnie chciałbym zapytać ustawodawcę – czyżby „w celu zwiększenia uczciwej konkurencji między przedsiębiorcami”.

Nie mogę tu nie dodać, że już sama ustawa 500+ była prezentem ze strony rządu złożonym bankom. Przecież kwota ponad 20 miliardów złotych, które rocznie mają trafić do rodzin wielodzietnych przepłynie przez konta bankowe. To będzie dla banków „gotowy grosz”. Pytam nieśmiało, choć odpowiedź znam, czy ktoś z rządu zwrócił na to uwagę? Czy ktoś wystąpił o dodatkowe upusty i korzyści, których banki powinny udzielić budżetowi państwa z tytułu wpłat na  konta klientów ponad 20 miliardów złotych rocznie?

Na koniec jak mantra powtórzę – przedsiębiorcy polscy powinni powiedzieć dość. Stworzyć własny samorząd gospodarczy, by realnie stanowić o swoim losie.

Być albo nie być polskiej przedsiębiorczości

Dr Dariusz Maciej Grabowski

 

 

POLSKI SAMORZĄD GOSPODARCZY WOBEC GLOBALIZACJI

                                      I WIELKICH KORPORACJI

 

Czym jest i jak postrzegać dziś globalizację? Upraszczając, uogólniając
a jednocześnie starając się wskazać najistotniejsze elementy – globalizacja to synteza procesów politycznych, technologicznych, ekonomicznych, społecznych i innych, która dokonała się w ciągu ostatnich trzydziestu a może czterdziestu lat. Przejawem globalizacji był z pewnością postęp techniczny, a w szczególności technologie informatyczne, komputeryzacja, które w niespotykany przedtem sposób przyspieszyły i zwielokrotniły wydajność pracy i przepływ informacji.

Rewolucja komputerowo-informatyczna w znaczący sposób przyczyniła się do osłabienia, rozkładu a na końcu upadku komunizmu. To umożliwiło przywódcom politycznym, ale co należy dodać także najbardziej „pazernym” kapitalistom uwolnienie się od poczucia zagrożenia rewolucją społeczną, ideologią eksportowaną przez państwa komunistyczne. Uwolniło także od poczucia obowiązku kompromisu płacowego i dochodowego z robotnikami i klasą średnią. Skoro kompromis przestał obowiązywać, rozpoczął się okres gwałtownego przyspieszenia w rozwarstwieniu, w poziomie zamożności społeczeństw. Kolejny element to gwałtowny wzrost rozmiarów korporacji ponadnarodowych i banków. Za cel swego działania postawiły one osłabienie, sprowadzenie do roli fasadowej instytucji państwa w krajach zacofanych bądź postkomunistycznych, a jednocześnie wykorzystania tejże instytucji państwa w czołowych gospodarkach kapitalistycznych jako instrumentu nacisku
i narzędzia do dalszej ekspansji korporacji na rynkach międzynarodowych.

Globalizacja to także rozerwanie więzi między pieniądzem „bezpostaciowym”, elektronicznym obsługującym rynki finansowe i spekulacyjne, a pieniądzem cyrkulującym i obsługującym sferę realną czyli produkcję, handel, usługi. Szczególnie ważnym elementem globalizacji jest, moim zdaniem, przejmowanie w wymiarze państwowym, regionalnym i światowym władzy i prawa do podejmowania decyzji przez struktury niejawne, nie pochodzące z wyboru i nie ponoszące odpowiedzialności przed społeczeństwem.

Dzięki technologii informatycznej globalizacja dokonała ogromnego wzrostu obrotów kapitału finansowego i spekulacyjnego. Skala operacji spekulacyjnych poraża, idzie w tryliony dolarów. Można zauważyć fakt dolaryzacji gospodarki światowej, która postępuje pomimo wysiłków ,przeciwdziałania temu zjawisku ze strony Chin, Rosji i innych państw. Większość światowych rezerw bankowych, kredytów, kont jest udzielana bądź prowadzona właśnie w dolarach.

Zmieniła się także rola banków z instytucji kredytujących w instytucje działające podobnie do funduszy inwestycyjnych czyli grających i spekulujących na rynkach międzynarodowych.

Gwałtownie powiększyło się zadłużenie państw, przedsiębiorstw
i gospodarstw domowych. Wzrosła rozpiętość między dochodami grup społecznych najbogatszych a grupami o przeciętnych i niskich dochodach. Giełda i inne instytucje stały się wygodnym miejscem umożliwiającym „oderwanie” dochodów elity finansowej oraz kadry menedżerskiej od zarobków pracowniczych i robotniczych. Wystarczy powiedzieć, że w Stanach Zjednoczonych 25 menedżerów głównych funduszy headingowych w roku 2005 zarobiło średnio ponad 360 milionów dolarów każdy, a byli i tacy, co zarobili około miliarda. W żadnej fabryce rozpiętość płac między kadrą kierowniczą a pracownikami nie mogłaby osiągnąć takiego poziomu. Efektem gwałtownego wzrostu rozwarstwienia w dochodach jest „wypłukiwanie średniaka”, to jest proces zaniku tak zwanej klasy średniej spośród której nieliczni awansują do grona najbogatszych, a zdecydowana większość stacza się do poziomu dochodów pracowniczych i robotniczych. Warto tu nadmienić, że w wielu opracowaniach socjologicznych i ekonomicznych uznawano do tej pory klasę średnią – liczną i zamożną za fundament nowoczesnego i dynamicznego społeczeństwa kapitalistycznego.

Jako ważne zjawisko należy wskazać ogromny wzrost znaczenia roli mediów, głównie elektronicznych w kształtowaniu postaw i opinii społecznych. A wreszcie końcowym, niestety trudnym do wyliczenia jest wzrost transferów kapitałów głównie na kierunku z biednego Południa do zamożnych państw Północy wynikający zarówno ze skali zadłużenia, jak też tak zwanych opłat licencyjnych, praw autorskich i innych.

Należy zadać sobie pytanie: czym stała się, co jest istotą globalizacji? Moim zdaniem nie ulega wątpliwości, że chodzi tu o walkę o władzę
i dominację: ekonomiczną, polityczną, kulturową, ideową.

Kapitał finansowy zdominował procesy ekonomiczne i społeczne, a żeby być atrakcyjnym jako swoistej sprężyny, zaczynu potrzebuje on spekulacji, „wyreżyserowanych” zjawisk losowych. Łatwo zatem wskazać kogo i co uznał ten kapitał za swego wroga. Moim zdaniem globalizacja za wrogów uznała przede wszystkim: stabilność, przewidywalność, normalność, realne procesy gospodarcze, silne i sprawne państwo, zdyscyplinowane społeczeństwo
o wyraźnych kryteriach i regułach działania, instytucje zaufania publicznego.
Z drugiej strony kapitał finansowy jako główny reżyser procesów globalizacyjnych za zjawiska, które mu sprzyjają uważa: słabą, raczkującą demokrację, rozwarstwienie i konflikty społeczne, swobodę wstępu
i przemieszczania się kapitału zagranicznego.

Skoro sposobem działania jest eskalowanie napięć: ekonomicznych, politycznych, społecznych a nawet kulturowych to metodą rozwiązywania problemów jest „terapia szokowa”. Obowiązuje zasada, że im większe napięcie uda się wywołać tym łatwiej, tym bardziej radykalną terapię będzie można zaaplikować. Efektem terapii powinno stać się uzależnienie struktur ekonomicznych, społecznych, politycznych, państwowych i innych od międzynarodowego kapitału finansowego. Przykłady takich działań znajdujemy w Meksyku 1982-1984, Azji Południowej 1977, Rosji 1998, strefie euro 2007 a także na Bałkanach, krajach arabskich, na Ukrainie i niestety w Polsce.

Gdzie widzę główne zagrożenia, w tym dla Polski, wynikające z tak scharakteryzowanych procesów globalizacji?

Po pierwsze dotyczą one rodziny jako struktury stabilnej, wielopokoleniowej, która dzisiaj wystawiona jest na próbę pod względem etycznym, kulturowym a nawet prokreacyjnym.

Drugim polem, które atakuje globalizacja jest pojęcie i kategoria narodu rozumianego jako świadoma wspólnota posiadająca poczucie tożsamości, własnej kultury, hierarchię wartości, zdolność do poświęceń a zatem odporna na działania manipulacyjne.

Na trzecim miejscu wymienić należy gospodarkę narodową, którą struktury globalistyczne starają się wywłaszczyć z majątku, zadłużyć, by wreszcie uzależnić, eksploatować, poddać kontroli.

Ostatnim polem silnie atakowanym przez globalistów jest państwo i jego instytucje stojące na straży interesu narodowego i państwowego. Cała siła nakierowana jest na skorumpowanie i demontaż instytucji państwowych, przejęcie realnej kontroli nad sprawującymi władzę przy jednoczesnym zachowaniu pozorów państwa demokratycznego i wielopartyjnego.

Carl von Clausewitz pisał o Polsce: „…ich nikczemne obyczaje państwowe i niezmierzona lekkomyślność szły ręka w rękę i w ten sposób pędzili
w przepaść.” A Aleksander hrabia Fredro uważał, że „…nie pomoże męstwo, gdzie przezorność mała, samobójcze skłonności Polska ma i miała”. Przywołałem cytaty, by podkreślić powagę sytuacji, w jakiej my Polacy i Polska jako państwo się znajdujemy.

Rozpocznę od analizy społeczeństwa. Trzy elementy uznaję za kluczowe w charakterystyce naszej wspólnoty. Pierwszym jest zapaść demograficzna oraz perspektywy na najbliższe dziesięciolecia, drugim kryzys rodziny i świadomości społecznej, zaś trzecim kumulacja konfliktów na tle zamożności, braku perspektyw i z innych przyczyn.

Zapaść demograficzna przybrała rozmiary katastrofy. Około 800 tysięcy Polaków wyemigrowało w latach 1980-1990, ponad 2 miliony w latach 2000-2015. Z liczby urodzin przekraczającej 700 tysięcy rocznie spadliśmy do poziomu niewiele ponad 300 tysięcy. W roku 2050 będzie nas, według różnych szacunków, od 32 do 35 milionów, czyli o 4-6 milionów mniej niż obecnie. Emeryci stanowić będą ponad 35% populacji. Jako naród wymieramy.

Kryzys rodziny przejawia się w spadku dzietności, malejącej liczbie zawieranych małżeństw, ale także we wzajemnych relacjach między pokoleniami. Widzimy tu jak na dłoni zanik wrażliwości, szacunku, hierarchii wartości a nade wszystko trzech wyznaczników prawdziwej rodziny: obowiązku, odpowiedzialności, odwagi. W świadomości społecznej coraz mniej znajdujemy nawiązań do autorytetów, tradycji, poczucia wspólnotowości.

Coraz wyraźniej dają o sobie znać konflikty społeczne na tle rozwarstwienia i związanego z tym wykluczenia. Nowym polem sporów są brak perspektyw i szans dla młodego pokolenia, narastający egoizm. Szereg konfliktów społecznych jest sztucznie generowanych i umiejętnie podsycanych przez starające się manipulować społeczeństwem media. Często z tego faktu nie zdajemy sobie sprawy. By wskazać konkret przywołam przykład wzajemnych animozji między: pieszymi, rowerzystami i kierowcami. Śmiem twierdzić, że ścieżki rowerowe są często tak wytyczane, by stwarzać zagrożenie zarówno dla kierowców, jak i rowerzystów, co grozi wypadkami a już wzajemne obelgi stały się regułą.

Sumując: jesteśmy społeczeństwem, które stoi przed problemem fundamentalnym – przetrwania i odbudowy dynamiki demograficznej, ekspansji kulturowej, odbudowy sensu i poczucia wspólnotowości
w świadomości społecznej.

Dokonajmy teraz analizy stanu gospodarki polskiej. Pierwszym, co trzeba podkreślić to wyzbycie się majątku w postaci przedsiębiorstw, banków, obiektów handlowych. Ponad połowa przemysłu jest w rękach kapitału zagranicznego. Jeśli chodzi o banki, to ponad 70% należy do zagranicy,
a w handlu wielkopowierzchniowym – ponad 50%. Wyzbycie się majątku oznacza utratę prawa do dochodów z własności – czyli prawa do zysku. Pozostają zatem dochody z pracy czyli płaca. Jest ona jednak niska, gdyż zagraniczne koncerny lokują w Polsce takie zakłady i takie elementy procesów produkcji, które wymagają dużo prostej pracy fizycznej, są ekologicznie „brudne”, zatem niskopłatne.

Drugim wyznacznikiem stanu polskiej gospodarki jest wpływ kapitału zagranicznego na podział wytworzonej w Polsce nadwyżki a następnie jej los. Dwa sektory – handlowy i bankowy przechwytują ogromną część nadwyżki wytworzonej w Polsce przez przemysł, rolnictwo i usługi. Gdyby te ogromne środki idące w dziesiątki miliardów złotych, a według niektórych ekonomistów szacowane na ponad sto miliardów złotych rocznie były reinwestowane bądź choćby w dominującym stopniu reinwestowane w Polsce – stan taki można by bezkrytycznie zaakceptować. Jest jednak przeciwnie. Bez mała cała nadwyżka przechwycona w Polsce jest transferowana za granicę i często, o paradoksie, służy ratowaniu bądź podtrzymaniu egzystencji firmy lub banku matki – jak ma to miejsce w przypadku banku PKO S.A.

Wielkie zagraniczne sieci handlowe dzięki swej sile kapitałowej, dominacji na rynku stopniowo przejmują władzę nad sferą wytwórczą z jednej strony a zachowaniami konsumentów z drugiej. Chcący sprzedać swoje wyroby muszą pogodzić się z dyktatem cenowym sklepów wielkopowierzchniowych czyli oddawać swoje wyroby po kosztach bądź z symboliczną marżą zysku, akceptować kilkumiesięczne terminy płatności oraz szereg dodatkowych warunków przerzucających koszty na producentów. Jednocześnie wielkie sieci wykorzystując swą oligopolistyczną pozycję potrafią narzucić klientom zawyżone ceny przy zaniżonej jakości produktów posługując się „trikami handlowymi”. W efekcie klienci płacą więcej za gorszy produkt. I trzecia składowa tej układanki to przysłowiowy już wyzysk pracowników zatrudnionych w wielkich sieciach. Ciężka praca jest wynagradzana skrajnie nisko, a o godnym traktowaniu ludzi trudno marzyć.

Sumując: sieci wielkopowierzchniowe dzięki swej sile i przewadze kapitałowej przechwytują część nadwyżki wytworzonej w sferze produkcji, przechwytują część dochodów konsumentów, by na koniec wykorzystywać własnych pracowników. W ostatecznym rozrachunku, o dziwo, wielkie sieci handlowe wykazują stratę bądź niewielki zysk bilansowy i nie płacą podatków. Należy dodać, że ukryte „w księgowych piruetach” kolosalne zyski są transferowane za granicę. Ten scenariusz realizowany jest od lat. To jest scenariusz eksploatacji Polski. To nie przypadek, że sieci niemieckie Lidl i Kaufland otrzymały ostatnio setki milionów euro kredytu (który prawdopodobnie zamieniony zostanie na darowiznę) między innymi
z Europejskiego Banku Odbudowy i Rozwoju na ekspansję w Polsce.

Dochody banków po opodatkowaniu w Polsce przekraczają 15 miliardów złotych rocznie. Większość z tych kwot jest transferowana za granicę. Polski przedsiębiorca i konsument – jako klienci banków doskonale zdają sobie sprawę, że mają do czynienia z instytucją, która narzuca im reguły gry, wykorzystuje przewagę ekonomiczną i realizuje zysk nadzwyczajny ich kosztem.

Trzecim wyznacznikiem stanu polskiej gospodarki jest ogromny wzrost zadłużenia budżetu państwa, przedsiębiorstw, gospodarstw domowych. Według zgodnych szacunków ekonomistów państwo polskie jest zadłużone na około bilion złotych, a szacunki dotyczące przedsiębiorstw i gospodarstw domowych są niewiele mniejsze. Koszty obsługi długu państwowego to ponad czterdzieści miliardów złotych rocznie, a należy dodać, że głównymi wierzycielami są banki zagraniczne i to one decydują o parametrach obsługi zadłużenia. Czy Polska jest już w pułapce zadłużenia? Jeśli przyjąć, że wierzycielami nie są Polacy a w przeważającym stopniu to kapitał zagraniczny to odpowiedź musi być jednoznaczna – tak, jesteśmy w pułapce zadłużenia. W tym kontekście stawianie zarzutu zadłużenia Polski przez ekipę Edwarda Gierka przy jednoczesnym wybudowaniu przez nią setek jeśli nie tysięcy przedsiębiorstw, milionów mieszkań uznać należy za nie zachowujące proporcji nadużycie.

Ponieważ mówimy o stanie gospodarki to należy też wymienić przynajmniej te problemy, które już dawały o sobie znać a najbliższym czasie ujawnią się z rosnącą siłą. Na pierwszym miejscu wymienić należy reprywatyzację. Ten konfliktogenny problem został rozwiązany we wszystkich państwach postkomunistycznych, tylko nie w Polsce. Chodzi zarówno o ziemię w województwach zachodnich i północnych, jak też o nieruchomości, głównie budynki w miastach, w tym w szczególności Warszawie, Krakowie, Łodzi. Nie rozwiązany problem reprywatyzacji stał się polem do ogromnych nadużyć, wykreował mafie złożone z urzędników, adwokatów i prawników, pseudo-wierzycieli i spadkobierców oraz będących na ich usługach prostych złoczyńców. Grozi nam sytuacja przypominająca przedwojenne slogany – „wasze ulice, nasze kamienice”. A wszystko to w majestacie wyniesionego na piedestał bezprawia. Na śmieszność zakrawa w tym kontekście hasło części ugrupowań politycznych o repolonizacji przemysłu i handlu, gdy jednocześnie my Polacy będziemy wyrzucani ze zbudowanych bądź odbudowanych przez nas domów i mieszkań.

Druga kwestia, którą należy podnieść to sprzedaż ziemi obcokrajowcom. Decyzja rządu o zablokowaniu tej sprzedaży na pięć lat jest słuszna, ale nie poparta dodatkowymi działaniami będzie skutkowała podobnym rezultatem, to jest wyprzedażą w przyszłości. O jakich działaniach myślę? Po pierwsze należy stworzyć warunki (kredytowe, podatkowe i inne), by Polacy, w tym polscy rolnicy osiągnęli takie dochody, by mogli wykupić ziemię za pięć lat, gdy zakaz zostanie uchylony. Mówiąc krótko – trzeba stworzyć warunki poprawy ich zamożności i sensu inwestowania w ziemię. Po drugie trzeba jasno powiedzieć, że obecna polityka rządu wydawania paszportów polskich według bardzo niejasnych przepisów i reguł to najprostsza droga do przejęcia polskiej ziemi przez cudzoziemców, dla których ta ziemia nigdy nie była ani matką ani ojcowizną.

Jako trzeci problem wskazuję proces, który nazywam „odpychaniem Polski od morza”. Postawmy sprawę jasno. Jeśli damy się odepchnąć od morza, będziemy kontynuować politykę sabotażu gospodarczego – likwidacji przedsiębiorstw położonych w pasie nadmorskim, stoczni, floty handlowej
i rybackiej miast je umacniać i rozbudowywać, przepadniemy.

Prześledźmy także zagrożenia, na które już dziś należy zwrócić uwagę, przeciwdziałać i zapobiec.

Szczególnie ważny jest problem ograniczania, a być może spadku popytu w konsekwencji zmniejszania się liczby ludności oraz zmiany jej struktury, czyli wzrostu udziału emerytów w całej populacji. Fakty są brutalne. Dziś w wieku produkcyjnym jest 25 milionów Polaków. Za 20 lat będzie ich
o 5 milionów mniej. Dziś w wieku poprodukcyjnym jest 6 milionów Polaków, za 20 lat będzie ich o 4 miliony więcej. W roku 2050 będzie nas o 4 a może 6 milionów mniej. Te dane mówią wprost, że spadek liczby ludności oznaczać będzie spadek popytu na: żywność, odzież, artykuły codziennego użytku. Będzie on tym silniejszy, że populacja emerytów wzrośnie do bez mała 40%, a przecież ich dochody nie będą stanowić nawet połowy dochodów pracowniczych i co więcej, w większym stopniu wydatkowane będą na lekarstwa i ochronę zdrowia. Jeśli do tego dodamy wzrost wydajności pracy wynikający z postępu technicznego w przemyśle artykułów konsumpcyjnych i związaną z tym walkę o rynki zbytu prowadzoną przez międzynarodowy kapitał – to pytanie jest brutalne: jak słaby polski przedsiębiorca ma poradzić sobie na kurczącym się rynku walcząc z silniejszym przeciwnikiem? Problem realizacji czyli zbytu dla polskiej produkcji to już dziś powinien być główny przedmiot troski odpowiedzialnych przedsiębiorców, wspólnot, które ich reprezentują i mądrych polityków.

Poważne zagrożenia widzę dla polskiego rolnictwa. Na Wschodzie, na Ukrainie, na Białorusi powstają ogromne farmy o obszarze przekraczającym 100 tysięcy hektarów, zorganizowane według najnowszych technologii rolniczych, wyposażone w sprzęt i kadrę zarządzającą. Wydajność takich gospodarstw przy bardzo dobrej ziemi, z której słynie Ukraina – a w konsekwencji niskie koszty produkcji, bo przecież robotnik ukraiński także jest tańszy od polskiego, to wielkie wyzwanie konkurencyjne dla polskich rolników. Już teraz Ukraina,
o paradoksie, ramię w ramię z Rosją nałożyła embargo na import polskiej żywności. Czemu? Bo broni własnych producentów stwarzając dla nich warunki do szybkiego wzrostu i zwrotu z inwestycji. Z drugiej strony, z Zachodu zagrożeniem jest tak zwana umowa o wolnym handlu ze Stanami Zjednoczonymi. Podpisanie jej otworzy bramy dla importu do Polski taniej, bo nowocześnie produkowanej, ale też dotowanej żywności, co gorsza według norm i procedur GMO. Dlatego nie podzielam samozachwytu, w jaki popadli niektórzy przedstawiciele środowisk rolniczych chwaląc się szybkim wzrostem eksportu polskiej żywności. Po pierwsze sprzedajemy ją pośrednikom, zarabiając mało gdy oni zarabiają krocie. Po drugie, obym był złym prorokiem, ale w niedalekiej przyszłości możemy zacząć tracić niektóre rynki zbytu.

Wniosek stąd wypływający jest jeden i zasadniczy. Polska gospodarka musi stworzyć szybko wiele nowych miejsc pracy, co powinno umożliwić przejście części ludności wiejskiej do zawodów miejskich, a jednocześnie przyspieszyć proces powiększania gospodarstw. Co więcej, polskie rolnictwo musi szukać specjalizacji, stawiać na jakość produktów, a nade wszystko zorganizować się w grupy i wspólnoty producenckie, które zajmować się będą zarówno produkcją rolną, przetwórstwem i przechowalnictwem a wreszcie transportem i sprzedażą pod własnymi markami i we własnych sieciach handlowych. Banki spółdzielcze muszą przestać być wygodną przechowalnią działaczy politycznych i „świętych krów” a stać się finansowym partnerem dla polskich farmerów.

Data, o której trzeba przypomnieć to 2022. W tym roku w Unii Europejskiej rozpocznie się kolejna siedmiolatka. Należy liczyć się z tym, że Polska z tak zwanych środków unijnych skorzysta w znikomym stopniu, a kto wie czy nie staniemy się płatnikiem netto do kasy Unii. Co to może oznaczać zarówno dla polskiego rolnika, przedsiębiorcy, jak i budżetu państwa – ja patrzący na szalejącą propagandę „sfinansowane ze środków unijnych” wyobrażam sobie, że może przypominać dzień sądny. Myślenie „Unia da” przemieniło się w bezmyślność. Najwyższy czas spojrzeć prawdzie w oczy, zmądrzeć i zacząć liczyć na własne siły i talenty.

Musimy także pamiętać, że najbliższe lata będą pełne niepokoju, wstrząsów, kryzysów w świecie. Nie ominą one Polski. Jeśli chcemy je przetrwać, a powinniśmy wyjść z nich wzmocnieni, to już dziś, teraz, zaraz zacznijmy myśleć – co robić.

Uważam, że są dwie grupy społeczne odpowiedzialne za Polskę, odpowiedzialne bardziej niż inni, a są to – inteligencja, ta prawdziwa, uczciwa, patriotyczna i nie ulegająca modom, nie wzorująca się na celebrytach i nie dająca sobą manipulować. Druga grupa to przedsiębiorcy i w nich należy pokładać największą nadzieję, gdyż jest ich około dwa miliony, a ponoszą odpowiedzialność za los swój, załóg, którymi kierują a często wspólnot i regionów, w których mieszkają.

Jeśli przedsiębiorcy wiedzą, bo widzą i doświadczają co złego dzieje się w polskiej gospodarce, jeśli rozumieją, że trzeba to zmienić to wypada zadać pytanie dlaczego przez ponad dwadzieścia lat tego nie zrobili. Dlaczego przez ponad dwadzieścia lat dają się nabierać na lep złotoustym politykom obiecującym „złote góry”, mówiącym, że to co należy zrobić w Polsce dla Polski i Polaków zrobią oni, politycy – „za nas, bez nas”? Dlaczego nie wyciągnęli wniosków z historii najnowszej i faktu, że zwycięstwo robotników nad komuną w latach 80-tych było efektem zorganizowania się w zdyscyplinowany i ideowy ruch społeczny?

Pierwszym obowiązkiem środowiska przedsiębiorców jest dziś stworzenie od podstaw samorządu gospodarczego. Nadanie mu takiej struktury i takich kompetencji, by najważniejsze decyzje ekonomiczne
i społeczne w państwie były efektem jego inicjatyw bądź jego akceptacji. Drugim obowiązkiem środowiska przedsiębiorców jest wypracowanie długoletniej strategii i zadań doraźnych dla Polski.

Uważam, że dobrą wskazówką dla nas powinny być wzory państw zachodnich, w tym niemieckie. Organizowanie się środowisk rzemieślniczych i przedsiębiorczych w landach niemieckich zaczęło się jeszcze w pierwszej połowie XIX wieku. Przypomnę, że w roku 1956 została uchwalona ustawa o obligatoryjnej przynależności przedsiębiorcy do zrzeszenia. Tak, powtórzę to z całą siłą, niemiecki przedsiębiorca ma obowiązek należeć do wybranej organizacji. Na tej bazie powstał samorząd gospodarczy, który ma głos rozstrzygający we wszystkich ważnych sprawach ekonomicznych: wysokości podatków, ulg inwestycyjnych, poręczeń kredytowych i innych. Co więcej, to z samorządu gospodarczego przechodzi się do władz terytorialnych i do wielkiej polityki. Może to kogoś zdziwi, ale zgoda na odpis części zysku po zjednoczeniu Niemiec i nie płacenia z tego tytułu podatków, gdyż miały posłużyć jako… łapówki w Polsce to także decyzja samorządu gospodarczego. Niech nikogo nie dziwi, że praktycznie wszystkie inwestycje niemieckie w Polsce są ulokowane „do linii Wisły”. Jeśli ktoś uważa to za przypadek to tak, jakby chciał przekonać, że Niemcy nie działają systematycznie, a zdają się na ślepy los.

Kolejnym przykładem, który warto zapożyczyć z Niemiec są tzw. związki zakupowo-marketingowe. Jest ich ponad 320, zrzeszają kilkaset tysięcy firm zatrudniających ponad 10 milionów pracowników, a ich obroty przekraczają 500 miliardów euro rocznie. Dla porównania podam, że obroty przemysłu samochodowego Niemiec to około 350 miliardów euro rocznie. Związki zakupowe negocjują dla swych członków cenę energii (może to kogoś zdziwi, ale jest tańsza niż w Polsce), telekomunikacji, ubezpieczeń. Firmy mają zapewnione centralne fakturowanie, gwarancje zapłaty, wspólne magazyny, własne marki handlowe, ale co najważniejsze związki pilnują skutecznie jak nikt inny, by konkurencja nie zagroziła ich członkom na rynku niemieckim. Rodzi się pytanie – dlaczego do tej pory nie bierzemy z nich przykładu?

Podobnych wzorów troski o własnych przedsiębiorców, o rodzimy rynek zbytu można znaleźć wiele w innych krajach takich jak Francja, Hiszpania, Holandia. Polscy przedsiębiorcy dali się zainfekować u progu lat 90-tych pseudo-liberalnym egoizmem, indywidualizmem. Czas przyznać się do popełnionych błędów, skończyć z udawaniem, że jesteśmy najmądrzejsi. Czas działać we wspólnocie.

Trzy są cele, które powinniśmy sobie wyznaczyć. Pierwszym jest ekspansja gospodarcza. Wybicie się na własność tak, byśmy mogli czerpać dochody nie tylko z pracy, ale także z kapitału – osiągać zysk, jak również z pomysłów – osiągać zysk nadzwyczajny. Dzięki ekspansji gospodarczej będziemy mogli zrealizować cel drugi – polskie być albo nie być czyli przełamać zapaść demograficzną. Na trzecim miejscu stawiam ekspansję kulturową. Polska była najsilniejsza i szanowana, gdy dzięki swej kulturze politycznej była atrakcyjna dla sąsiadów, stanowiła dla nich wzorzec.

W chwili rosnącego niepokoju w naszym regionie, destabilizacji Polska swymi rozmiarami, dorobkiem dziejowym a przede wszystkim talentem gospodarczym powinna wybić się na przywództwo i autorytet w regionie. To z kolei może i powinno przyspieszyć polską ekspansję gospodarczą.

Na zakończenie, jak mantrę powtórzę apel do wszystkich polskich przedsiębiorców – razem i zdecydowanie wystąpmy o powołanie samorządu gospodarczego i nadanie mu uprawnień stanowiących i decyzyjnych na miarę wyzwań, które stoją przed naszą Ojczyzną.

 

Kiedy kolejne rządy mówią – „nic to”

Rok temu wybuchła afera Volkswagena. Na czym polegała? Wielki koncern walczący o prymat w produkcji samochodów na świecie, nie potrafiąc wyprodukować katalizatora spalin spełniającego wyśrubowane normy ochrony środowiska tak zaprogramował komputery w samochodach, że gdy wjeżdżały na przegląd na stację diagnostyczną przez niezbędny do badania czas 1370 sekund katalizator działał na poziomie przestrzegania norm, by później emisja spalin rosła nawet 40-krotnie.

Wybuchł skandal, koncern chciał bowiem podbić amerykański rynek samochodów z silnikiem diesla, reklamując się jako dowód „niemieckiej solidności”. Klienci, dilerzy, urzędy stanowe, Amerykański Urząd ds. Konkurencji wnieśli pozwy do sądu – o fałszerstwo, o naprawy, o odszkodowania, o wymiany podzespołów, o zadośćuczynienie za zanieczyszczenie środowiska. Koszt pozwów i napraw tylko w USA szacuje się na od 45 do 90 miliardów dolarów. Tyle będzie musiał zapłacić Volkswagen.

W obronę niemieckich koncernów samochodowych zaangażowali się czołowi politycy, z panią kanclerz Angelą Merkel na czele. To oni zabiegają i dopilnowują korzystnych dla firm samochodowych norm zużycia spalin oraz metod ich sprawdzania uchwalanych przez instytucje europejskie i publikowanych w dyrektywach. Właśnie z tego powodu do dziś normy emisji spalin są w Europie dwukrotnie łagodniejsze niż w Stanach Zjednoczonych. Postawę niemieckich polityków zdecydowanie broniących własnego przemysłu można zrozumieć i zaakceptować.

Ale przejdźmy na rodzime podwórko. Skoro Niemcy bronią swego przemysłu, co robimy my w Polsce?

Po drogach polskich jeździ szacunkowo ponad 170 tysięcy samochodów z fałszującymi dane komputerami trujących nas i nasze środowisko naturalne. Od bez mała roku apeluję o reakcję do:

– Urzędu Ochrony Konkurencji i Konsumentów, który przecież powinien walczyć z oszustwami, tym bardziej na wielką skalę

– Ministerstwa Środowiska, któremu podległe instytucje odpowiadają za przeciwdziałanie naruszaniu norm zanieczyszczenia powietrza

– Inspekcji Transportu Drogowego

Mówiąc krótko, pytam urzędy, instytucje, ministerstwa specjalnie powołane i opłacane z naszych podatków do interweniowania w sprawach dotyczących ochrony środowiska. Zatrudniają one przecież tysiące pracowników, jako cel mają wyznaczoną obronę polskiego konsumenta, polskiego państwa, naszej przyrody. Dla przykładu podam, że UOKiK zatrudnia około 500 osób i ma budżet przekraczający 66 milionów złotych.

     Otóż od bez mała roku wszystkie wyżej wymienione instytucje milczą i nie podjęły żadnych skutecznych działań w sprawie afery VW. Oto fakt mówiący jednoznacznie, jak rozumieją one obronę polskiego interesu na wszystkich płaszczyznach. Czego to dowodzi? Po pierwsze skali infiltracji najważniejszych urzędów, instytucji, ministerstw przez lobby firm zagranicznych. Dodajmy – zmieniają się rządy, ale nie polityka wobec kapitału zagranicznego. Po drugie dowodzi to strachu urzędników przed podjęciem działań naruszających interesy „możnych” oraz ich poczucia bezsilności. A na koniec potwierdza to, że przeświadczenie o bezkarności i dominacji zagranicznych firm, instytucji, lobby w Polsce, które uznają, że „tu mogą wszystko” jest słuszne. Można nas traktować jako sługę i podnóżek.

Potwierdzeniem tej tezy niech będą fakty związane z działalnością Volkswagena w Polsce. Firma za poprzednich rządów zawarła bardzo korzystną umowę na budowę zakładu we Wrześni koło Poznania. Otrzymała wieloletnie zwolnienie podatkowe (czy ktoś z polskich przedsiębiorców może o czymś takim marzyć?). Dodatkowym „smaczkiem” jest fakt, o którym ani poprzedni, ani obecny rząd wolą milczeć, że państwo polskie zobowiązało się wydatkować dodatkową kwotę, wielu milionów złotych (nikt nie chce ujawnić ile) na edukację miejscowej ludności w zakresie kultury niemieckiej, naukę języka, poznanie osobowości i tożsamości niemieckiej. Mnie pozostaje tylko dodać, że wszystko to dzieje się we Wrześni, która w historii Polski zapisała się jako miasto, gdzie dzieci polskie odmówiły nauki religii z niemieckiego katechizmu i zażądały polskiego. Oto jak my potrafimy wykpić bohaterów własnej historii, sami mając gębę pełną bogoojczyźnianych frazesów.

Ale to nie koniec zawirowań wokół koncernu VW w Polsce. Dowodem, że czuje się on u nas jak u siebie, a ja śmiem twierdzić, że nawet lepiej, bo całkowicie bezkarnie ,jest fakt zamiaru budowy koło Wrześni hotelu. Zgadnijcie Państwo dla kogo? Otóż dla sprowadzanych według zamierzeń do Polski robotników-imigrantów. Mają być oni tańsi od Polaków, których i tak koncern nie zatrudnia a zlecił to firmie pośredniczącej, bo nie chce mieć kłopotów z personelem i związkami zawodowymi.

Jak widać, tu gdzie konkrety, pieniądze, interesy nasi urzędnicy i politycy z bożej łaski, tchórzem i korupcją podszyci nawet „walecznego słowa” nie potrafią wypowiedzieć, a co dopiero konsekwentnie bronić naszego interesu.

I dlatego cieszę się, że w Poznaniu organizuje się środowisko właścicieli samochodów z wadliwym katalizatorem firmy VW. Niech wystąpią z roszczeniami prywatnymi przeciw VW, bo ich skala może sięgnąć 10 miliardów złotych. Dlatego proszę rządzących – jeśli nie potraficie pomóc, to chociaż nie przeszkadzajcie. Inicjatorom zaś życzę – zorganizujcie się po poznańsku, uczciwie i sprawnie, nie dajcie się rozbić „od środka” przez „życzliwych”, bo takie próby Was spotkają. A ja ściskam Wam prawicę i trzymam za Was kciuki.