O wyborach prezydenckich i nie tylko

Myślącym pod rozwagę

Wybory prezydenckie 10 maja w Polsce to nie żarty. Wiedzą o tym doskonale i rozumieją powagę sytuacji możni tego świata, którzy scenariusz dla Polski piszą poza naszymi granicami, a instrukcje – co robić – rozdzielają do sobie znanych osób i instytucji, mediów, propagandzistów i zaklinaczy od socjotechniki. Tradycja „ustawiania” przez obce dwory wyborów w Polsce jest stara, liczona w setkach lat począwszy od wolnej elekcji i wyborów na sejmikach szlacheckich. O powrocie do tej tradycji i niestety, co trzeba przyznać, jej twórczym zaadaptowaniu do „coraz bardziej otaczającej” nas rzeczywistości możemy mówić na przykładzie ostatnich 25 lat.

Postawmy pytanie – jakiego wyniku wyborczego w Polsce życzą sobie centra polityki globalnej? Odpowiedź sądzę brzmi następująco – wobec coraz bardziej skomplikowanej sytuacji politycznej w Europie (Grecja, konflikt ukraińsko-rosyjski, stagnacja ekonomiczna, niekontrolowany napływ imigrantów) oraz konfliktów w basenie Morza Śródziemnego, na Bliskim i na Środkowym Wschodzie, Polska w myśl tej strategii powinna pozostać słaba, zależna i dyspozycyjna wobec jej zewnętrznych mocodawców.

Ten scenariusz realizowany jest od 25 lat. W odniesieniu do wyborów prezydenckich polega na tym, by wywołać na ring z góry uzgodnionych dwóch kandydatów, różniących się co najwyżej wyglądem, ale na pewno nie przekonaniami i programem politycznym. Przykładem niech będzie pojedynek między Wałęsą a Kwaśniewskim, Krzaklewskim a Kwaśniewskim, Kaczyńskim a Tuskiem – wszyscy oni mieli rodowód okrągłostołowy i zdecydowanie przyłożyli rękę do kierunku i tempa przemian w Polsce po 1989 r.

Modyfikacja scenariusza w wyborach tegorocznych – 2015 roku polegać miała na uzgodnieniu i wskazaniu zwycięzcy na wiele miesięcy przed datą wyborów i oddaniu pola bez walki Bronisławowi Komorowskiemu przez ugrupowania zasiadające w Parlamencie.

Przypomnijmy, że przywódcy trzech czołowych partii – PiS-u. SLD i PSL miast sami wstąpić w szranki wyborcze, co jest naturalne, wystawili kandydatów pro forma: Andrzeja Dudę, Magdalenę Ogórek i Adama Jarubasa. Udowodnili tym samym, że wybory prezydenckie uznają za rozstrzygnięte na korzyść Bronisława Komorowskiego.

Sprawa skomplikowała się, gdy sondaże opinii publicznej ukazały skalę radykalizacji nastrojów społecznych. Można więc mówić o niezorganizowanym buncie elektoratu wobec elit politycznych. Konsekwencją powyższego rozwoju wypadków było pozbawienie obozu prezydenckiego i umówionej z nim opozycji nadziei na rozstrzygnięcie w pierwszej turze.

By w myśl zasady „że trzeba zmienić wszystko, by nie zmienić niczego”, doprowadzić do wyboru Bronisława Komorowskiego postanowiono przywrócić metodę „gry pozorów” i „wygenerować” medialny konflikt między urzędującym prezydentem, a wystawionym przez PiS Andrzejem Dudą (pamiętajmy, że obaj kandydaci mogą pochwalić się przynależnością do Unii Wolności – co jest bezsprzecznie najlepszą rekomendacją na urząd prezydenta w Polsce).

Chodziło o to, by opinia publiczna odniosła wrażenie, że mamy do czynienia z realnym pojedynkiem i walką wyborczą.

Potrzeba przekonania wyborców do skupienia swej uwagi na urzędującym prezydencie i kandydacie PiS-u, stała się tym większa, że wbrew nadziejom układu politycznego zebrało podpisy i zarejestrowało się jeszcze czterech kandydatów „antysystemowych”. Wśród kierujących układem przemknęło wspomnienie, by nie powiedzieć uczucie grozy związane ze Stanisławem Tymińskim, który zaczynając kampanię jako kompletnie nieznany wszedł do drugiej tury i poważnie zagroził Lechowi Wałęsie.

Był to jedyny moment w 25-letniej historii wolnej Polski, gdy ryzyko porażki układu, przegrania wyborów prezydenckich, zwycięstwa kandydata z zewnątrz było realne.

To nie Prawo i Sprawiedliwość, które wystawiło kandydata „rezerwowego”, a dynamika nastrojów społecznych i ich radykalizm przesądziły, że nadzieje urzędującego prezydenta na zwycięstwo w pierwszej turze przy milczącej aprobacie PiS-u prysły jak bańka mydlana.

To wyborcy i ich nastroje akcentowane w sondażach – krytyczne, bezkompromisowe, przydały powagi wyborom prezydenckim 10 maja w Polsce.

Drugim powodem dla którego ze szczególną powagą trzeba podejść do wyborów prezydenckich jest fakt, że są one wstępem do wyborów parlamentarnych, które odbędą się w październiku. Mamy do czynienia z rzadkim zjawiskiem, kiedy wybory prezydenckie można potraktować jako pierwszą rundę, bądź przygrywkę do wyborów parlamentarnych. W sumie w ciągu krótkiego czasu zapadną najważniejsze decyzje personalne dla klasy politycznej w Polsce, a w konsekwencji programu politycznego i gospodarczego dla Państwa i Narodu.

Czy jest różnica między pierwszą a drugą turą wyborów?

Uważam, ze jest ona fundamentalna i myślący wyborca powinien ją uchwycić, a następnie wykorzystać oddając swój głos. Pierwsza tura, jeśli przyjmiemy, że nie wskaże prezydenta, gdyż żaden z kandydatów nie osiągnie 50% głosów, pozwala głosować „pozytywnie”.

Co mam na myśli?

Jeśli wyborca uważa, że powinien odrzucić kandydatów wystawionych przez establishment polityczny, a za taki mam wszystkie ugrupowania zasiadające w Sejmie i Senacie, które są finansowane z budżetu Państwa – to taki wyborca powinien poważnie rozważyć głosowanie na któregoś z kandydatów tzw. „antysystemowych”.

Znaczenie jego głosu polegać będzie na tym, że nawet jeśli żaden z tych kandydatów nie przejdzie do II tury, to w sumie mogą osiągnąć tyle procent głosów, że zarówno zwycięzca wyborów prezydenckich jak i jego zaplecze polityczne będą musieli ten fakt wziąć pod uwagę obejmując władzę. Pokonani zaś będą zmuszeni do zadania sobie pytania, czy nie jest ich obowiązkiem zewrzeć szeregi i wystawić wspólnej reprezentacji na wybory parlamentarne.

Głosowanie „pozytywne” pozwala także na odbudowanie motywacji i poczucia sensu uczestnictwa w wyborach dla przeciętnego obywatela, w myśl zasady, że pojawia się nadzieja na realną zmianę.

A jak głosować w drugiej turze?

Oczywiście, gdyby do drugiej tury przeszedł kandydat antysystemowy, to sprawa jest jasna. A jeśli nie, to trzeba głęboko rozważyć czy kierować się zasadą „wyboru mniejszego zła”, i nadzieją, że nowy prezydent to nowe otwarcie. Czy też absencją wyborczą podkreślić sprzeciw wobec obu „umówionych kandydatów”.

Czasami w rozmowie o kandydatach antysystemowych pada argument, że już teraz powinni oni „dogadać się”, wyłonić lidera i wezwać własny elektorat do głosowania na niego samemu rezygnując ze startu. Argumentacja, która nawoływaniu do takiej postawy towarzyszy jest prosta – okazując jedność zyskujemy na wiarygodności w oczach wyborcy. Mam jednak w tej materii wątpliwość i odmienne zdanie. Czterech kandydatów, którym przysługuje czas medialny w publicznym radiu i telewizji to kapitał, to czterokrotna możliwość przedstawienia wyborcom argumentów i racji, których większość wyborców nigdy nie słyszała. Co więcej podobne pomysły wypowiadane przez czterech różnych kandydatów działają na wyborcę bardziej przekonywująco pozwalając mu dojść do wniosku, że mimo że coś jest nowe i do tej pory nieznane, to zasługuje na wzięcie pod uwagę.

Kontrargument, który można tu postawić mówi, że zwarcie szeregów w pierwszej turze daje większe szanse wprowadzenia uzgodnionego kandydata antysystemowego do II tury i powalczenia o całą pulę. To prawda, to fakt. Rzecz w tym czy kandydat antysystemowy osiągnie wynik lepszy od wyniku Andrzeja Dudy, który w sondażach ma między 20 – 30 % poparcia. Coś co na wstępie kampanii wydawało się całkowicie nierealne, dziś na 2 tygodnie przed wyborami może być brane pod uwagę.

Jedno jest pewne. Wybory prezydenckie po raz pierwszy zaczynają wyglądać na realną rozgrywkę między układem okrągłostołowym, a jego przeciwnikami. Oby wnioski po tych wyborach pozwoliły na jesieni w wyborach parlamentarnych układ okrągłostołowy – wywrócić.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *